
— Nic mu nie będzie — zapewniłem ją. Chciała chyba w odpowiedzi kiwnąć głową, ale nie zdążyła zrobić tego gestu i padła. Zbadałem ją dokładnie, choć muszę przyznać, nieco nerwowo. Nie czułem pulsu, serce przestało bić.
Zabrałem dziecko do muzeum i zrobiłem dla niego coś w rodzaju kojca z pustej rury teleskopu. Potem wróciłem do jaskini z trzema robotami i pochowałem zmarłych. Przyznaję, że było to niepotrzebne, ale chodziło o przyzwoitość. Może i były między nami różnice, ale wszyscy należeliśmy do wyznania Kustoszy, ogólnie mówiąc. Poczułem się, jakbym zagrał na nosie tym zadowolonym z siebie Afirmantom i w ten sposób oddał hołd ekscesom „Ognia niebiańskiego”
Gdy roboty ukończyły swą pracę, umieściłem po jednej figurce kultowej (nawiasem mówiąc fatalnie wykonanej) na każdym grobie i nawet powiedziałem krótką modlitwę czy raczej mowę nad grobem. Rozwinąłem myśl, którą jakiś tydzień temu podsunąłem pewnym sarnom — mianowicie, że w środku życia spotyka nas śmierć. Jednak nie żartowałem sobie, lecz poważnie przemawiałem na ten temat przez paręnaście minut. Słuchając mnie roboty zdawały się jeszcze mniej przejmować moją mądrością niż tamte sarny.
21 maja 2190 roku.
Jestem poirytowany. Jestem mocno poirytowany, a moim największym problemem w tej chwili jest to, że nie mam na kogo przelać swojej irytacji.
To dziecko przysporzyło mi niewiarygodnie dużo kłopotów.
Zabrałem je do największego muzeum medycyny na pomocnej półkuli i dałem do gruntownego przebadania najlepszym maszynom diagnostycznym z dziedziny pediatrii. Zdaje się, że cieszy się doskonałym zdrowiem, czym uszczęśliwiło i mnie. Jego wymagania dietetyczne, choć odmienne od moich, są jednak bardzo proste. Zabrałem taśmę z programem potrzebnej mu żywności i po kilku zmianach w składzie Muzeum Współczesnej Astronautyki ustawiłem program, aby przygotowywał i podawał mu codzienne posiłki. Niestety, okazało się, że dziecko zupełnie nie szanuje tych zasad, co zajęło mi mnóstwo cennego czasu.
