Zawsze czułem, że moje poglądy wspaniale podsumował Sokrates w „Sympozjonie”: „Kto, wspomniawszy Homera, Hezjoda i innych wielkich poetów, nie wolałby mieć takich dzieci, jak oni, zamiast zwykłych dzieci ludzkich? Któż by nie chciał ich gorliwie naśladować w stwarzaniu podobnych dzieci, które zachowały ich myśli i dały im chwałę nieprzemijającą?… Wiele jest świątyń, które wzniesiono na ich cześć z powodu takich dzieci, jakie mieli, a nikomu nie wzniesiono świątyń, by uczcić jego śmiertelne dzieci.”

Niestety, tylko nas dwoje zostało na Ziemi, to dziecko i ja. Razem zmierzamy ku swemu przeznaczeniu, jedziemy na tym samym wózku. A skarby całego świata, które jeszcze tydzień temu były wyłącznie moje, teraz przynajmniej częściowo należą do niego. Szkoda, że nie możemy przedyskutować tych spraw, nie tylko dlatego, żeby dojść do jakiegoś sprawiedliwego podziału, ale po prostu dla czystej przyjemności prowadzenia takiej dyskusji. Doszedłem do wniosku, że rozpocząłem ten dziennik pod wpływem strachu, gdy odkryłem, że gdy ostatni Afirmanci odlecieli i zostałem zupełnie sam.

Okazało się, że tęsknię za rozmową, za pomysłami innymi niż moje, za opinią, z którą mógłbym się zmierzyć. Ale zgodnie z literaturą przedmiotu, mimo iż dziecko zacznie mówić lada dzień, katastrofa pochłonie nas na długo przed tym, nim nauczy się ze mną kłócić. Smutne to, choć nieuchronne.

Ależ odchodzę od tematu! Rzeczywistość jest taka, że znowu nie mogę, tak jakbym chciał, zajmować się sztuką. Jestem starcem i nie powinienem już mieć żadnych obowiązków; poświęciłem całe życie za przywilej prowadzenia obecnych obserwacji. Bardzo mnie dręczy ta świadomość.

A rozmowy? Mogę sobie wyobrazić, jakie rozmowy prowadziłbym z Afirmantem, gdyby jakiś się tu zabłąkał.



16 из 23