Co się ze mną, do licha dzieje? Rozpisałem się bez końca. Przecież chciałem tylko wyjaśnić, czemu byłem poirytowany.


29 maja 2190 roku.

Podjąłem kilka ważnych decyzji. Nie wiem, czy zdołam wszystkie wprowadzić w życie, ale spróbuję. Jednakże, aby uzyskać to, co mi teraz najbardziej jest potrzebne — czyli czas — postaram się mniej pisać w tym dzienniku, jeśli w ogóle jeszcze będę to robił. Będę się streszczał.

Zacznę od decyzji najmniej ważnej: dałem dziecku imię Leonardo. Czemu nazwałem go imieniem człowieka, którego mimo wszystkich jego talentów — a raczej z powodu wszystkich jego talentów, uważam za najbardziej spektakularną porażkę w dziejach sztuki, nie umiem powiedzieć. Ale Leonardo był człowiekiem wszechstronnnym, w przeciwieństwie do Afirmantów i — zaczynam to sobie uświadamiać — w przeciwieństwie do mnie.

Nawiasem mówiąc, dzieciak rozpoznaje swoje imię. Nie umie go jeszcze wymówić, ale sposób, w jaki na nie reaguje, jest zdecydowanie cudowny. I wydaje dźwięk bardzo przypominający moje… można by powiedzieć…

Idźmy dalej.

Postanowiłem spróbować uciec z Ziemi — wraz z Leonardem. Powody są liczne i złożone i nie jestem pewien, czy wszystkie z nich do końca rozumiem, ale jedno wiem na pewno: poczułem się odpowiedzialny za czyjeś życie i nie mogę dłużej przed tym uciekać.

To nie jest spóźnione odkrycie doktryny Afirmantów, ale w jakiś rzeczywisty sposób moje własne ideały stawiam przed sądem. A ponieważ wierzę w istnienie piękna, zwłaszcza piękna stworzonego umysłem i rękami człowieka, nie mogę inaczej postąpić.

Jestem już stary i z resztą życia niewiele mogę zrobić. Leonardo jest jeszcze dzieckiem, przedstawia sobą surowy potencjał: może zostać wszystkim. Pieśniarzem większym od Szekspira. Myślicielem przewyższającym Newtona i Einsteina. Albo złoczyńcą straszliwszym do Gillesa de Retza, potworem gorszym od Hitlera. Ale ten potencjał musi się zrealizować. Myślę, że pod moją kuratelą ma mniejsze szansę stać się złym człowiekiem, a w tym i ja odnajdę niezrealizowany potencjał.



18 из 23