
W każdym razie choćby Leonardo swoją własną osobą nic nie reprezentował, to może ma w sobie zarodek jakiegoś Buddy, Eurypidesa albo Freuda. I wówczas tamten potencjał musi być zrealizowany.
Statek już jest. Nazywa się „Nadzieja Człowieka”. Był to pierwszy statek kosmiczny, który dotarł do gwiazd prawie sto lat temu, gdy właśnie odkryto, że nasze Słońce wybuchnie i zamieni się w supernową za niecałe sto lat. To ten statek przyniósł Człowiekowi zapierającą dech w piersiach wiadomość, że inne gwiazdy mają planety i że wiele z tych planet nadaje się do zamieszkania.
Dawno, dawno temu kapitan Karma sprowadził swój statek gwiezdny na Ziemię i ogłosił, że ucieczka jest możliwa. To było na długo przed moimi narodzinami, jeszcze zanim ludzkość podzieliła się na nierówne grupy Kustoszy i Afirmantów i długo, długo przed tym, jak pięć lat temu obydwie grupy zamieniły się w nieprzejednanych fanatyków.
Statek stoi w Muzeum Współczesnej Astronautyki. Wiem, że utrzymywano go w dobrym stanie. Wiem też, że dwadzieścia lat temu, zanim Afirmanci stanęli na stanowisku, że absolutnie nic w sensie fizycznym nie można zabrać z muzeum, statek wyposażono w najnowszy napęd wynaleziony przez Leugio. Powód był taki, że gdyby miał być wykorzystany w Dzień Exodusu, podróż do gwiazd trwałaby miesiące, a nie jak początkowo — lata.
Jedna rzecz, jakiej nie wiem, to to, czy ja, Fiyatil, Kustosz nad Kustoszami i nadzwyczajny krytyk sztuki, nauczę się go obsługiwać w czasie, jaki pozostał mnie i Leonardowi.
Ale jak mówił mój ulubiony bohater komedii, gdy go spytano, czy człowiek może sam sobie ściąć głowę: zawsze można spróbować.
Jeszcze coś zaprząta moje myśli, może nawet to jest ważniejsze, ale statek przypomniał mi się pierwszy. Ostatnio często spoglądam na Słońce. I to bardzo badawczo. Bardzo.
