
W kółko powtarzam sobie, że afirmanckie Numery Transportowe już nic dla mnie nie znaczą, nawet mniej niż nic. Są równie bez znaczenia, jak symbole na Arce Noego dla ładujących ją i pozostawionych na brzegu robotników.
Ale wsiadam do jednoosobowej kuli latającej, żeby zwiedzić dla rozrywki tereny muzeum, a coś w moim mózgu szepce: Numer 58184,72. Zaciskam zęby na łyżce z odgrzanym Białkowym Równoważnikiem Obiadu i spostrzegam, że żuję Numery Transportowe od 15762,94 do 15763,01. Nawet pamiętam, że należy do kategorii, którą należy wnieść na pokład na końcu i dopiero wtedy, gdy pokładowy przedstawiciel Ministerstwa Przetrwania i Ochrony odda się pod komendę pokładowego przedstawiciela Ministerstwa Podróży.
Obecnie po Ziemi nie chodzi nawet jeden Afirmant. Są teraz rozrzuceni pośród setki systemów planetarnych naszej Galaktyki, razem ze swoimi licznymi rządowymi biurami — z Ministerstwem Starożytności i Reliktów Przeszłości, w którym wszyscy wyznający Kustoszostwo musieli się zarejestrować. Ale to zdaje się nic nie znaczyć dla mojej idiotycznie wiernej pamięci, która nadal cytuje teksty zapamiętane dziesiątki lat temu przed egzaminami z Okoliczności Przetrwania — dawno zniesionymi i zapomnianymi nawet przez władze.
Ci Afirmanci są tak sprawni, tak straszliwie skuteczni i sprawni! Jako młody chłopak zwierzyłem się swemu, na nieszczęście gadatliwemu, towarzyszowi Ru-Sat, że w wolnych chwilach maluję obrazy na płótnie. Natychmiast rodzice za poradą mojego opiekuna szkolnego zgłosili mnie do miejscowej Dziecięcej Grupy Pracy Ochotniczej na Rzecz Przetrwania, gdzie wyznaczono mnie do malowania numerów i symboli na skrzynkach do pakowania. „Nie przyjemności, ale upór, upór i jeszcze raz upór może uratować rodzaj ludzki” — od tej pory przed każdym posiłkiem musiałem cytować odpowiedni fragment z katechizmu Afirmacji.
Później, oczywiście, byłem już na tyle dorosły, żeby zarejestrować się jako świadomy Kustosz.
