Ta cała technologia denerwuje mnie. Na zewnątrz czeka na mnie porzucone dziedzictwo 70 000 lat, a ja tymczasem tu siedzę i uczę się na pamięć głupot o zasilaniu robotów, zapisuję schematy śrub antygrawitadyjnych i haruję jak afirmancki kapitan, który chce przed odlotem zdobyć dowództwo statku od Ministerstwa Podróży.

Ale właśnie dzięki takiemu podejściu do sprawy jestem teraz tutaj, zamiast siedzieć na pokładzie afirmackiego statku patrolowego wraz z Mo-Diki, Gruzemanem i Prejaut. Kiedy oni cieszyli się wolnością i hasali po całej planecie jak źrebaki, ja poszedłem do Muzeum Współczesnej Astronautyki i nauczyłem się obsługiwać i odczytywać antropometr, a także auktywniać oksydowany beryl. Nienawidzę tracić czasu, ale nie mogłem zapomnieć o znaczeniu, jakie Afirmanci, zwłaszcza współcześni, przykładali do pojęcia świętości życia ludzkiego. Już raz nas oszukali; wrócili jeszcze raz, żeby się upewnić, czy jacyś Kustosze nie radują się spełnieniem marzeń. Miałem wtedy rację i wiem, że mam rację teraz — ale nudzi mnie robienie wyłącznie rzeczy pożytecznych!

Co do antropometru, to przeżyłem dwie godziny temu niemiły szok. Alarm się włączył… i przestał. Popędziłem na dół, zrzucając po drodze strój z oksydowanego berylu i mając nadzieję, że następnym razem, jak go będę zakładał, nie wybuchnie.

Kiedy dotarłem do urządzenia, przestało już hałasować. Nastawiłem je na wszystkie kierunki i nie otrzymałem żadnego odzewu. Wynikało z tego, zgodnie z podręcznikiem, że na całym obszarze Układu Słonecznego nie poruszała się żadna istota ludzka. Zaprogramowałem maszynę na własne parametry elektrocefalograficzne, żeby nie włączać alarmu. Ale alarm się włączył, bezdyskusyjnie dowodząc istnienia drugiej istoty, choćby nie wiem jak krótka była jej obecność. Stanowiło to dla mnie zagadkę.

Sądzę, że jakieś zaburzenia w atmosferze albo zwarcie w samym antropometrze uruchomiło maszynę. A może moja wielka radość kilka dni temu, że mnie zostawili, uszkodziła aparaturę.



6 из 23