
Odebrałem radiowy meldunek afirmanckiego statku patrolowego do macierzystej jednostki oczekującej na orbicie za Plutonem, że schwytali moich kolegów: wiem, że jako jedyny zostałem na Ziemi.
Poza tym, gdyby to jacyś czyhający Afirmanci włączyli alarm, to ich własne antropometry wykryłyby mnie, bo chodziłem bez ochrony oksydowanego berylu. Muzeum otoczyłyby kule latające i schwytano by mnie niemal natychmiast.
Nie, nie wierzę, żebym musiał się jeszcze bać Afirmantów. Zadowolili się tym ostatnim powrotem dwa dni temu, jestem o tym przekonany. Ich doktryna zabrania następnych kontroli, bo ryzykowaliby własne życie. W końcu zostało tylko 363 dni — najwyżej — zanim Słońce zamieni się w Supernową.
15 maja 2190 roku.
Jestem mocno zaniepokojony. Tak naprawdę to boję się. A najgorsze, że nie wiem czego. Jedyne co mogę robić, to czekać.
Wczoraj wyleciałem z Muzeum Współczesnej Astronautyki na próbną podróż po świecie. Planowałem, że spędzę dwa lub trzy tygodnie, latając tu i tam, zanim podejmę decyzję, gdzie spędzić resztę roku.
Pierwszym błędem był wybór kraju. Włochy. Bardzo możliwe, że gdyby się nie pojawił ten problem, to spędziłbym tam jedenaście miesięcy, zanim ruszyłbym w dalszą podróż. Morze Śródziemne to wody bardzo niebezpieczne i wciągające dla kogoś, kto uznawszy swój własny talent za niewystarczający, chciałby poświecić resztę życia podziwianiu arcydzieł ofiarowanych ludzkości przez inne, bardziej obdarowane przez los jednostki.
Najpierw poleciałem do Ferrary, ponieważ zmeliorowane bagna koło tego miasta były wielkim kosmodromem Afirmantów. Chwilę pomarudziłem przy jednej z moich ulubionych budowli, Palazzo di Diamanti, jak zwykle kręcąc z podziwem głową na widok olbrzymich głazów, z jakich jest zbudowana.
