
Pamiętam, co mój opiekun szkolny powiedział na ten temat wiele lat temu.
— Nie chodzi o to, Fiyatilu, że wierzymy, jakoby dzieci nie powinny mieć zabawek; po prostu nie chcemy, żeby przywiązywały się do jakiejś konkretnej zabawki. Rodzaj ludzki opuści tę planetę, która od początku była jego domem. Możemy wziąć ze sobą tylko takie stworzenia i przedmioty, które będą się nadawać do utworzenia innych istot lub przedmiotów niezbędnych do przetrwania tam, gdzie wylądujemy. A ponieważ nie możemy zabrać więcej, niż uniosą nasze statki, musimy spośród użytecznych przedmiotów wybierać te, które są najważniejsze. Nie weźmiemy czegoś tylko dlatego, że jest piękne, albo dlatego, że wielu ludzi w to wierzy, albo dlatego, że wielu ludzi uważa to za potrzebne. Weźmiemy to tylko dlatego, że nic innego nie wykona równie dobrze pożytecznej pracy. Oto dlaczego przychodzę co miesiąc do ciebie, żeby sprawdzić twój pokój, żeby upewnić się, że szuflady twojego biurka zawierają tylko nowe rzeczy, że nie popadasz w niebezpieczny sentymentalizm, który może prowadzić tylko do Kustoszostwa. Pochodzisz ze zbyt dobrej rodziny, żeby zostać kimś takim.
Mimo wszystko, zaśmiałem się w duchu, zostałem kimś takim. Stary Tobletej miał racją: pierwszym krokiem na drodze do kompletnej ruiny były szuflady biurka wypchane pamiątkowymi drobiazgami. Gałązka, na której usiadł pierwszy złapany przeze mnie motyl, siatka, w którą go złapałem, i sam ów pierwszy motyl. Kulka z papieru, którą rzuciła we mnie pewna dwunastoletnia dama. Podarty egzemplarz prawdziwej drukowanej książki — nie żadna tam fotokopia, ale coś, co kiedyś zaznało dotyku czcionki zamiast uderzeń elektronów. Mały drewniany model „Nadziei Człowieka”, statku gwiezdnego kapitana Karmy, który dostałem od starego kosmonauty na kosmodromie Lunar Linę wraz z wielką nieprawdziwych opowieści ilością kłamstw.
