
Uśmiech zadrżał w kącikach jej ust.
– Może dlatego, że cię kocham.
– Może. – Usatysfakcjonowany, podszedł do niej i położył ręce na jej silnych ramionach. – Przecież zakupy nie są takie straszne. Wystarczy uruchomić parę programów z katalogami sklepowymi, rzucić okiem na kilkanaście sukni i zamówić tę, która ci się najbardziej spodoba.
– Tak właśnie zamierzałam zrobić. – Przewróciła oczami. – Mavis kazała mi wybić to sobie z głowy.
– Mavis. – Roarke'owi nieco zrzedła mina.
– Eve, nie mów, że to właśnie z nią idziesz na zakupy. Kiedy zobaczyła autentyczne przerażenie w jego oczach, trochę poprawił jej się humor.
– Chce mnie zabrać do znajomego projektanta mody.
– Dobry Boże.
– Mavis twierdzi, że on jest wspaniały. Kiedy tylko dostanie swoją szansę, będzie sławny. Ma małe studio w Soho.
– Pojedźmy gdzieś i weźmy ślub dzisiaj. Teraz. Wyglądasz doskonale.
Twarz Eve rozjaśniła się w uśmiechu.
– Co, boisz się?
– Jestem przerażony.
– To dobrze. Jesteśmy kwita. – Zadowolona, że udało jej się wyrównać rachunki, nachyliła się i pocałowała go. – Przez następnych kilka tygodni możesz się zamartwiać, w czym pójdę do ślubu. Teraz muszę już lecieć. – Poklepała go po policzku.
– Umówiłam się z nią za dwadzieścia minut.
– Eve. – Roarke złapał ją za rękę. – Mam nadzieję, że nie zrobisz czegoś idiotycznego. Wyrwała dłoń z jego uścisku.
– Przecież wychodzę za mąż, no nie? Cóż może być bardziej idiotycznego?
Miała nadzieję, że zabiła mu ćwieka na resztę dnia. Myśl o małżeństwie wypełniała jej serce lękiem, ale jeszcze bardziej przerażał ją sam ślub
– stroje, kwiaty, muzyka, goście.
Pędziła ulicą Lexington w stronę centrum. Nagle przyhamowała ostro. Jakiś handlarz uliczny wjechał swoim zadymionym wózkiem na jej pas.
Sklęła go pod nosem. Nie dość, że łamał przepisy, to jeszcze unosił się wokół niego ohydny zapach sojowych hot dogów. Aż robiło się niedobrze.
