
Popatrzył z goryczą na młodego Dana i powiedział:
– Właśnie piszę list do jednego z moich najlepszych przyjaciół. Czy mogę ci przeczytać, co napisałem?
– Chętnie posłucham – odparł Dan.
I Emanuel przeczytał: Musi być uważany za szaleńca człowiek, który jest wolny i niezależny oraz ma nazwisko znane nawet w obcych krajach, ale którego przez to nie otaczają wcale mniejsze ciemności, a który mimo to marznie tutaj, gdzie furie, zazdrośnicy i Pluto czuwają nad rozdziałem wszelkich nagród.
Dan zgadzał się z nim, że to niesprawiedliwy los. Owszem, Emanuel zyskał uznanie po latach, ale musiał na nie długo czekać.
Ekspedycja Dana w norweskie góry bardzo Emanuela interesowała, rozmawiali o niej wiele, obaj przecież poświęcili się badaniu natury. Gdy zatem Dan dotarł do Grastenshalm, zdążył już skończyć dziewiętnasty rok życia, a na świecie zaczęło się kolejne lato.
Było to właśnie tego dnia, kiedy Ingrid stała na wieży i rozkoszowała się burzą.
Miała teraz osiemnaście lat i przychodzili już do niej pierwsi zalotnicy. Specjalnie jej to nie bawiło, ale była im wdzięczna, że zwrócili na nią uwagę, więc ich także obejmowała swoją miłością. Nie do tego stopnia jednak, że chciałaby wyjść za mąż.
No, może z wyjątkiem jednego. Był to najmłodszy syn właściciela sporego gospodarstwa na południowych krańcach parafii Grastensholm. Ingrid nie udzieliła ostatecznej odpowiedzi, musi się zastanowić, powiedziała, co w jej rodzicach wzbudziło nadzieję. Starający się był dobrym chłopcem, a oni chcieli dla swojej córki jak najlepiej, ponieważ zaś tak długo trzymała w ryzach swój temperament, myśleli, że mogą ją spokojnie oddać mężowi.
I wtedy pojawił się Dan…
Wjechał na dziedziniec w Grastensholm galopem w obawie przed burzą i zbliżającą się ulewą.
Nagle wysoko na wieży dostrzegł dziwną postać. Stała w białym ubraniu na tle antracytowogranatowych chmur i wyciągała ramiona ku niebu.
