
Potężny grzmot wstrząsnął domem.
– Ja próbowałam tylko zrozumieć, czym jest burza – wyjaśniła, kiedy grzmot ucichł. – Nie wierzę w to gadanie o karze, którą Bóg zsyła na jakiegoś biedaka tu, w naszej parafii.
Dan ożywił się.
– Uczyłem się tego i owego o istocie burzy…
– Naprawdę? No i co?
Weszli do salonu rozmawiając z przejęciem. Wyjaśnienia Dana nie były z naukowego punktu widzenia zbyt poprawne, ludzkość jeszcze wtedy nie rozwiązała zagadki napięcia elektrycznego, były jednak znacznie bardziej logiczne niż związane z burzą przesądy, powszechnie wówczas panujące. Ingrid, oczarowana jego słowami, bez trudu pojmowała objaśnienia. Miała łzy w oczach ze szczęścia, że może poruszać takie tematy. Alv i Berit przysłuchiwali im się w milczeniu, spoglądając po sobie. Nareszcie Ingrid spotkała bratnią duszę.
– Jaka szkoda, że mieszkają tak daleko od siebie – westchnął w końcu Alv.
– Tak. Naprawdę szkoda, że…
Berit umilkła, ale dokończył jej mąż:
– Że oboje pochodzą z Ludzi Lodu? I że dziadkowie obojga ze strony ojców pochodzą z Ludzi Lodu? Wszyscy czworo? Ta sama krew. Niebezpiecznie dużo tej samej krwi!
– Tak, a poza tym, szczerze mówiąc, Ingrid jest już zaręczona.
– Dan także, jak słyszałem. Ma się żenić, jak tylko wróci do domu. Nie, oni nie są dla siebie, w żadnym razie. A jednak pomyśl, jakie by oni mogli mieć dzieci! To znaczy, gdyby wszystko było normalnie, chciałem powiedzieć. W każdym razie to dobrze, że Ingrid ma z kim porozmawiać. My wszyscy tak strasznie do niej nie dorastamy.
Dwoje geniuszy Ludzi Lodu nie słyszało tej rozmowy. Byli zajęci swoimi sprawami. Dan nadziwić się nie mógł, jak wielką inteligencją odznacza się śliczna Ingrid.
A ona? Ona jaśniała niczym słońce!
Wieczorem cała rodzina wraz gościem udała się do Elistrand.
Po wyczarowanej niemal natychmiast kolacji wszyscy siedli przed kominkiem i zaczęły się rozmowy. Na dworze wciąż padało, w domu było tak zimno, że mimo lata trzeba było rozpalić ogień.
