
Alv najbardziej obawiał się wewnętrznego podobieństwa. A było ono przerażająco wielkie.
Sol pod maską wesołego szaleństwa była osobą głęboko nieszczęśliwą. Och, Alv pragnął tak bardzo, całym sercem, by jego jedyne dziecko mogło uniknąć gorzkiego losu tamtej.
Nie należało lekceważyć niebezpieczeństwa.
Najbardziej przerażały ich opowieści o tym, jak Sol potrafiła bez skrupułów odebrać życie każdemu, kto stawał na drodze Ludzi Lodu. Alv i Berit wkładali całą duszę w wychowanie swojej małej dziewczynki. Próbowali uczyć ją rozróżniania między dobrem a złem, między tym, co należy do niej, a co trzeba oddać innym, próbowali jej wytłumaczyć, że inni ludzie są tacy sami jak ona. Jeśli postąpi wobec nich niesprawiedliwie lub sprawi im ból, odczują to równie boleśnie, jak ona by odczuwała. Powoływali się na słowa Biblii: postępujcie wobec innych tak, jakbyście chcieli, żeby i oni postępowali wobec was. Wciąż mieli nadzieję, że córka potrafi okazywać współczucie.
Trudno powiedzieć, jak dalece te ich starania się powiodły. Ingrid była zdolna do najbardziej szalonych wybryków. Takich jak na przykład wypuszczenie wszystkich koni na pole owsa, żeby się raz dobrze najadły, albo poinformowanie najbardziej szacownej gospodyni w okolicy, że mamy nie ma w domu, ponieważ wiedziała, że Berit za tą panią nie przepada. To, że Berit nieoczekiwanie zjawiła się w hallu i kłamstwo się wydało, nie miało dla niej specjalnego znaczenia.
Z czasem jednak rodzice zrozumieli, że wszystkie te szaleństwa, które Ingrid popełniała, wynikały z miłości. Po prostu płonęła miłością do wszystkich bliskich sobie ludzi i zwierząt. To, co nazywali złośliwością, było wyrazem żalu i rozczarowania, swego rodzaju obroną. Mściła się, jeśli za coś została skarcona. Nie mogła zrozumieć, że ci, których kocha tak bardzo, mogą ją uderzyć czy w inny sposób ukarać.
