
— Więc będziesz miał tu dla mnie kwaterę?
— Oczywiście, cokolwiek zechcesz.
— Chciałbym więcej wina.
Nie chcąc go do siebie zrażać ani też czynić wrażenia skąpego, Marek zerwał pieczęć z kolejnego dzbana i podał go mu.
— Chciałbyś trochę? — zapytał Styppes. Gdy trybun pokręcił głową, kapłan pogardzając kubkiem, opróżnił dzban. Marek znów się zaniepokoił.
— Aaach — powiedział Styppes, gdy już skończył. Był to długi, błogi wydech. Podniósł się i zatoczył lekko; taka ilość mocnego wina, wchłoniętego w takim tempie, powaliłaby półboga.
— Przyjdę potem — powiedział. Alkohol już wyraźnie utrudniał mu mówienie.
— Muszę wziąć moje narzędzia z klasztoru i przynieść je tutaj. — Posuwając się powoli, starannie odmierzonymi krokami człowieka przywykłego do chodzenia po sporej dawce alkoholu, ruszył w kierunku wyjścia.
Zrobił zaledwie kilka kroków i odwrócił się do Marka. Patrzył na niego badawczo przez prawie minutę, a potem wyszedł, właśnie gdy Skaurus miał go zapytać, o co chodzi. Sfrustrowany Rzymianin powrócił do swoich list.
Tego wieczoru Helvis spytała go:
— Wiec jak ci się podoba ten Styppes?
— Podoba mi się? To nie ma nic do rzeczy. Czy mam jakiś wybór? Byle jaki lekarz jest lepszy niż żaden. — Zastanawiając się, do jakiego stopnia powinien być z nią szczery, Marek oparł się o cienkie drewniane przepierzenie. Dwa z czterech używanych przez legionistów budynków koszarowych podzielone zostały na mniejsze pokoje, aby zapewnić nieco prywatności tym z żołnierzy, którzy mieli żony i dzieci.
Zmarszczyła brwi, wyczuwając jego wahanie, ale zanim zadała pytanie jej czteroletni synek, Malric, odrzucił drewniany wózek, którym się bawił i zaczął śpiewać najgłośniej jak tylko potrafił sprośną videssańską piosenkę marszową:
