
— Mały ptaszek z żółtym dziobem…
Helvis przewróciła oczami, błękitnymi jak oczy wielu Namdalajczyków.
— Dość tego, młody człowieku. Czas do łóżka. — Mały zignorował ją śpiewając dalej, aż złapała go za kostki i podniosła. Wisiał do góry nogami, śmiejąc się piskliwie. Tunika opadła mu na głowę, więc próbował się z niej wyswobodzić. Helvis pochwyciła spojrzenie Marka:
— Połowa bitwy wygrana.
Trybun uśmiechnął się, patrząc jak ściąga spodnie z jego przybranego syna. Nawet przy tej mało eleganckiej czynności, przyjemnie było na nią popatrzeć. Jej skóra była jaśniejsza, a rysy łagodniejsze niż te typowe dla Videssańczyków, ale wydatne kości policzkowe i pełne usta nadawały jej twarzy własne piękno. Jej figura była doskonale pełna, bogate wypukłości wypełniające spódnicę i miana bluzkę ze sznurowanym stanikiem przyciągały wzrok każdego mężczyzny. Jak na razie wczesna ciąża była jeszcze niewidoczna.
Dała Malricowi lekkiego klapsa w gołą pupę:
— No już, pocałuj Marka na dobranoc, zrób siusiu i idź spać — rozkazała swym łagodnym kontraltem.
Malric grymasił i kręcił nosem, żeby sprawdzić czy matka mówiła poważnie. Następny klaps był znacznie bardziej przekonywający.
— W porządku, mamo. Już idę — powiedział i podreptał do Skaurusa. — Dobranoc tato.
Używał namdalajskiego dialektu, gdy rozmawiał z Helvis, ale do trybuna mówił po łacinie. Nauczył się języka Rzymian z dziecięcą łatwością, w ciągu niecałych dwóch lat, kiedy Marek i Helvis byli ze sobą.
— Dobranoc, synku. Śpij dobrze. — Skaurus rozwichrzył blond czuprynę chłopca, taką samą jak miał jego zmarły ojciec Hemond. Makie wysiusiał się, potem wśliznął pod koc i zamknął oczy. Własny syn Marka, Dosti, który nie miał jeszcze roku, spał w drewnianym łóżeczku opatulony ciepłymi matami. Zakwilił cicho, ale uspokoił się, gdy tylko Helvis poprawiła jego nakrycie. Od jakiegoś czasu — myślał z nadzieją trybun — spał przez całą noc.
