
Gdy Helvis była już pewna, że Malric zasnął, wróciła do Skaurusa.
— O co chodzi z tym kapłanem? — Przy tak bezpośrednio postawionym pytaniu, wahania Marka zniknęły.
— Nic takiego — powiedział, ale zanim Helvis mogła zrobić coś więcej niż podnieść brwi, trybun dodał:
— Oprócz tego, że jest aroganckim, chciwym, irytującym opojem. W tej chwili leży rozwalony na podłodze w jednym z budynków dla kawalerów, chrapiąc jak tartak. Wątpię, czy byłby w stanie opatrzyć ukąszenie pchły, nie mówiąc już o żadnym prawdziwym leczeniu.
Helvis zaśmiała się nerwowo, na wpół rozbawiona wadami Styppesa, na wpół zgorszona nie skrywaną pogardą Skaurusa. Była gorliwą wyznawczynią Phosa i czuła się nieswojo, słysząc złośliwości wypowiadane pod adresem kapłana jakiejkolwiek sekty. Jednak jako Namdalajka uważała Videssańczyków za heretyków, a więc w pewnym sensie odpowiedni obiekt krytyki. Ta dwuznaczność ją skonfundowała.
Drzazga wbiła się w ramię Marka. Gdy usiłował ją wyciągnąć krótkimi paznokciami, pomyślał, że dwuznaczność była czymś, czego on także doświadczył żyjąc z Helvis. Byli zbyt różni od siebie, by nie pojawiały się miedzy nimi żadne problemy, ich silne charaktery często ścierały się ze sobą. Religia, polityka, miłość… Czasem wydawało się, że niewiele było rzeczy, o które się nie spierali.
Ale kiedy wszystko szło dobrze — uśmiechał się do siebie w duchu — było im ze sobą naprawdę doskonale. Wciąż pocierając ramię, wyprostował się i pocałował ją. Spojrzała na niego lekko zdziwiona:
— A to z jakiej racji? — A bez żadnej racji. Jej twarz pojaśniała.
— Tak, to najmilsza przyczyna.
Przytuliła się do niego mocno. Jej podbródek pasował idealnie do ramienia trybuna. Była wysoka jak na kobietę, właściwie równie wysoka jak wielu mężczyzn w Videssos. Pocałował ją znowu, tym razem naprawdę sumiennie. Potem nigdy nie był pewien, które z nich zgasiło lampę.
