Sądząc po wyrazie ich twarzy, żaden nie odnosił się do tego pomysłu z entuzjazmem. Zadowolony ze swego sprytu, trybun krzyknął, by przygotować się do ćwiczeń. Żałował, że nie może rozkazać sobie samemu, by odpoczął przez parę tygodni. Wszystko wskazywało na to, że będzie to kolejny słoneczny dzień.

— Jak sobie poradziłeś z tymi twoimi kogutami? — zapytał Sviodo. Jak zwykle w rezonującym tenorze Vaspurakanera dźwięczało rozbawienie.

— Musiałeś przecież słyszeć — odparł Marek, ale natychmiast zdał sobie sprawę z tego, że chociaż Senpat mógł go słyszeć, to jednak z pewnością nie mógł go zrozumieć. Między sobą Rzymianie rozmawiali po łacinie, co było jednym z niewielu wspomnień ukochanego kraju rodzinnego. Ich towarzysze rozumieli tę dziwną mowę tylko w niewielkim stopniu, nie posiadając dziecięcej zdolności Malrica do przyswajania sobie nowych języków. Trybun wyjaśnił więc wszystko.

Uśmiech, który nigdy tak naprawdę nie opuszczał młodego i przystojnego vaspurakanerskiego szlachcica, pojawił się teraz na jego twarzy w całej okazałości. Miał ładny uśmiech; białe zęby błyszczały na tle oliwkowej skóry, okolone przyciętą krótko, na styl videssański, brodą.

— Wy, Rzymianie, jesteście dziwnym ludem — powiedział, jego videssański był prawie zupełnie wolny od wpływu ojczystego, gardłowego języka Vaspurakanerów. — Kto inny karałby kogoś, zwalniając go od pracy?

Marek żachnął się. Senpat uwielbiał naigrawać się z Rzymian i robił to od dnia, kiedy się spotkali, prawie dwa lata temu, ale jeżeli istniał gdzieś lepszy od niego wywiadowca, to musiała to być jego żona.

— Twoja droga Nevrata zrozumiałaby to — powiedział trybun.

— Pewnie tak — zgodził się Senpat chichocząc. — Ale ona lubi te rzeczy, a ja po prostu muszę to jakoś znosić — wykrzywił twarz w teatralnym grymasie, aby pokazać swoją odrazę do wszelkiego rodzaju pracy. — A teraz zapewne chcesz, żebym się smażył w tym okropnym słońcu tylko po to, by uderzyć o włos bliżej środka tarczy niż poprzednim razem.



15 из 502