
— Pamiętasz jak Mavrikios kazał tam stać Ortaiasowi i trzymać tę przeklętą mapę przez kilka godzin? Ramiona musiały mu od tego odpadać — wyszeptał do siedzącego obok Gajusza Filipusa. Starszy centurion roześmiał się cicho.
— Byłoby lepiej dla niego, gdyby rzeczywiście odpadły — powiedział. Jego pogarda dla Orta-iasa była bezgraniczna. Twarz weterana stężała. — Wtedy nie poszedłby z nami pod Maragha i Mavrikios mógłby jeszcze żyć. Cholerny tchórz; nie przegralibyśmy, gdyby nie uciekł.
W zapamiętaniu centurion zapomniał o tym, by mówić nieco ciszej. Thorisin, który stał przy mapie, popatrzył na niego pytająco, nie rozumiejąc łaciny weterana. Tym razem to Gajusz Filipus się zaczerwienił, chociaż rumieniec był prawie niewidoczny pod głęboką opalenizną.
— Nic takiego, panie — wymamrotał.
— To dobrze. — Imperator wzruszył ramionami. Kilka lat wcześniej, podczas takich narad Mavrikios Gavras używał drewnianego wskaźnika, którym prowadził wzrok swoich oficerów po mapie ziem zachodnich. Jego młodszy brat był człowiekiem bardziej niecierpliwym. Wyciągnął z pochwy miecz i pokazywał nim drogę.
Pomimo niecierpliwości, czas, który spędził na rządzeniu Imperium, zaczął odciskać na nim swe piętno. Bruzdy po obu stronach ust i dumnego nosa wryły się głęboko w policzki, choć był on zaledwie o kilka lat starszy od Skaurusa. Zmarszczki pojawiły się także wokół oczu; zmarszczki, których nie było tam, zanim wstąpił na tron. Jego włosy również zaczęły się przerzedzać. To, co było kiedyś wspaniałą grzywą, stało się teraz po prostu grzywką.
Poruszał się jednak krokiem młodego mężczyzny i wystarczyło tylko spojrzeć na silne usta i zdecydowane oczy, aby zrozumieć, że był on wciąż człowiekiem o wielkiej mocy, człowiekiem który wcale nie stracił ducha pod ciężkim brzemieniem obowiązków i czasu.
