
— Wy, wyspiarze, z waszą ciężką kawalerią, nie powinniście być uwiązani do stałego garnizonu i jego wymagań. Gdy wasze główne siły dotrą do Garsavry, z pewnością zostawimy tam mniej wartościowe wojska, bez względu na to, jaką fortecę zbuduje Drax.
— Sprytnie to zrobił, co? — wyszeptał z podziwem Gajusz Filipus. Marek przytaknął. Czy istniał lepszy sposób, żeby odsunąć wyspiarzy od pozycji, które mogłyby być niebezpieczne dla Imperium, niż uczynić z tego pochwałę ich zdolności wojennych? Zigabenos opanował w niezwykłym stopniu videssański talent do łączenia polityki i wojny; to on wywołał w mieście zamieszki, które strąciły z tronu Ortaiasa Sphrantzesa i zdobyły Imperium dla Thorisina Gavrasa.
Jednak Utprand dowództwo nad regimentem zawdzięczał nie tylko sile ramion i biegłości we władaniu mieczem. Był zbyt niecierpliwy, by bawić się w subtelności, ale za jego zimnymi niebieskimi oczyma krył się bystry umysł. Wzruszając ramionami powiedział:
— Co ma być, to będzie — myśl, która mogła pochodzić od jego pogańskich przodków z Haloga.
Rozmowa przeszła teraz na sprawy takie, jak kierunki marszu, centra zaopatrzenia i wszystkie inne drobne problemy, które związane są z dużą kampanią. Mimo swoich wcześniejszych doświadczeń w tym terenie, Marek słuchał uważnie. Znajomość takich szczegółów zawsze mogła się przydać.
Kilku wodzów z Khamorth wyglądało na całkiem znudzonych. Byli to świetni zwiadowcy i kawalerzyści, przede wszystkim ze względu na swoją szybkość i ruchliwość. Ale nie interesowało ich nic poza samą walką — przygotowania wydawały im się stratą czasu. Jeden z nomadów chrapał tak głośno, że jego sąsiad kopnął go pod stołem w kostkę. Przebudzony nagle oficer wzdrygnął się, wypluwając z siebie potok przekleństw.
Jakkolwiek grubiańskie były ich maniery, nomadzi mieli znakomite pojęcie o realiach wojny i interesów. Jeden z nich pochwycił spojrzenie Thorisina Gavrasa podczas krótkiej przerwy w ustalaniu szczegółów. Myśląc, że chciał on dodać jakąś uwagę, Imperator zapytał:
