
— O co chodzi, Sarbaraz?
— Nie zabraknie nam pieniędzy w połowie wojny? — zapytał z niepokojem Sarbaraz. — Myśmy walczyli dla waszego Ortaiasa, a on nam dał więcej obietnic niż złota, a jego złoto też nic nie warte.
Tak było istotnie — Ortaias Sphrantzes fałszował monety bite w Videssos tak, że to co miało być sztuką złota, było złotem co najwyżej w jednej trzeciej swojej objętości.
— Bez obawy, zapłacimy wam — powiedział Gavras. Był poirytowany. Jego oczy zwęziły się ze złości. — Wiesz, że nie bijemy tutaj śmieci.
— Jasne, jasne. W mieście. Wyjeżdżamy za miasto, od — jak wy to mówicie? — skarbca, i co wtedy? Wtedy może brakuje wam pieniędzy, jak mówię. Moi chłopcy niezadowoleni, jak się tak stanie, mogą odebrać resztę zapłaty w okolicy. — Sarbaraz uśmiechnął się bezczelnie, ukazując krzywe zęby. Khamorthci nie mieli żadnego szacunku dla farmerów, uważając ich jedynie za ewentualne ofiary.
— Na Phosa, powiedziałem, że wam zapłacimy! — krzyknął Thorisin, tym razem naprawdę rozzłoszczony. — A jeśli zaczniecie rabować, bandyci, poślemy na was całą resztę armii i zobaczymy, jak wam się to spodoba!
Wziął głęboki oddech, potem jeszcze jeden, próbując się uspokoić. Zanim został Imperatorem — pomyślał Marek z aprobatą — pozwoliłby sobie na prawdziwą wściekłość. Kiedy przemówił znowu, zrobił to z wystudiowanym opanowaniem.
— Będziemy mieli mnóstwo pieniędzy na potrzeby armii. A gdyby nawet kampania trwała dłużej niż oczekujemy, nie będziemy musieli wysyłać nikogo po pieniądze do stolicy, tylko do miejscowej mennicy w… w… — strzelił palcami zirytowany, nie mogąc sobie przypomnieć nazwy miasta. Z powołania był żołnierzem, a nie finansistą. Podatki i dochody były dla niego tak nudne, jak zaopatrzenie i rozmieszczenie obrony dla Khamorthów.
