Gajusz Filipus podążył za wzrokiem Marka.

— Mógł się tego skurwysyn spodziewać. Trybun przytaknął, kiwając głową.

— Uważał, że po śmierci Mavrikiosa Gavrasa ma prawo do Imperium. Nigdy nie umiał myśleć o Thorisinie inaczej jak tylko o bezwartościowym, małym braciszku Mavrikiosa. I jeżeli można zrobić jakiś większy błąd, to nie przychodzi mi on teraz do głowy.

— Ani mnie. — Gajusz Filipus miał żołnierski szacunek dla tytułu Autokratora Videssos, przywróconego przez Thorisina Gavrasa.

Spokój i ciche piękno kompleksu pałacowego zawsze były swego rodzaju szokiem po hałasie placu Palamas. Marek nigdy nie był pewny, jak zareaguje na to przejście — czasami po prostu go to uspokajało, ale równie często czuł się tak, jakby wycofywał się z samego życia. Dzisiaj — doszedł do wniosku — plac był trochę za krzykliwy jak na jego gust. Ciche popołudnie spędzone bezczynnie w koszarach zupełnie mu odpowiadało.

— Panie? — z wahaniem zapytał wartownik.

— Tak? O co chodzi, Fostulus? — Marek podniósł wzrok znad listy żołdu, popatrzył na nią ponownie, żeby zapamiętać, w którym miejscu skończył, i znowu podniósł głowę.

— Tam na zewnątrz jest jakiś łysol, panie. Mówi, że musi z tobą rozmawiać.

— Łysol? — trybun zamrugał oczami. — Masz na myśli kapłana?

— A kogóż by innego? — odpowiedział Fostulus, szczerząc zęby; nie należał do tych Rzymian, którzy czcili Phosa. — Wielki, gruby facet, musi być po pięćdziesiątce, sądząc po brodzie. Ma podłe usta — dodał wartownik.



6 из 502