Marek podrapał się po głowie. Znał kilku kapłanów, ale ten opis nie pasował do żadnego z nich. Lepiej było jednak nie zadzierać z religijną hierarchią Videssos — w pewnych sprawach była ona potężniejsza od samego Imperatora. Marek westchnął i zwinął pergamin, zawiązując go dokładnie tasiemką.

— Cóż, wprowadź go tutaj.

— Tak jest, panie. — Fostulus zasalutował, rzymskim zwyczajem wyrzucając ramię do przodu, po czym odwrócił się zręcznie na pięcie i pospieszył do wyjścia. Ćwieki w podeszwach jego cali-gae stukały na kamiennej podłodze.

— Nie spieszyłeś się zbytnio. — Skaurus usłyszał gderanie duchownego, gdy Fostulus prowadził go do małego stolika w tylnym rogu koszarowego holu, który był prowizorycznym biurem Marka. Trybun wstał, by przywitać zbliżającego się gościa.

Fostulus miał rację — kapłan był prawie tak wysoki jak Skaurus, którego pomocna krew sprawiła, że był wyższy niż większość Rzymian i Videssańczyków. Kiedy podali sobie dłonie, mocny krótki uścisk nieznajomego dał Markowi pojęcie o jego niemałej sile.

— Możesz odejść, Fostulusie — powiedział trybun. Strażnik zasalutował raz jeszcze i wrócił na swój posterunek. Kapłan opadł ciężko na krzesło, które zaskrzypiało pod jego ciężarem. Pot przyciemnił błękitną togę pod pachami, spływał po wygolonej łysinie. Marek pomyślał, że dobrze iż zwinął listy żołdu.

— Na światło Phosa, stanie na słońcu jest cholernie wyczerpujące — stwierdził Videssańczyk tonem wyrzutu. Mówił głębokim, dudniącym basem. — Masz jakieś wino dla spragnionego człowieka?

— No… tak — odrzekł trybun nieco zbity z tropu taką bezpośredniością; większość Videssa-ńczyków wyrażała się znacznie mniej obcesowo. Poszukał dzbanka i pary glinianych kubków, nalał i podał jeden z nich kapłanowi, a swój podniósł do toastu.

— Twoje zdrowie, ee… — zawiesił głos, nie znając imienia gościa.


— Styppes — rzucił szorstko kapłan; jak wszyscy duchowni Videssos zrezygnował ze swojego nazwiska, co było symbolem oddania się wyłącznie Phosowi.



7 из 502