
Do pierwszego lądowania wybrano krótkodystansowy prom pokładowy, który mógł się poruszać zarówno w próżni, jak i w atmosferze. Był nieduży, ale wygodny, w każdym razie dla Ziemian. W tej misji jednak maksymalnie go obciążono.
W pomarańczowym blasku wschodzącego słońca zeszli poniżej warstwy chmur. Poruszali się lotem ślizgowym, aby nie oznajmiać hałaśliwie swej obecności; statek był też zaciemniony. Spośród wszystkich czujników włączone pozostały tylko skanery podczerwieni, których tubylcy nie powinni być zdolni wykryć.
Lioren wpatrzył się w powiększony obraz wzniesionego na polanie gospodarstwa, złożonego z jednego niskiego budynku mieszkalnego i szeregu szop wokół niego. Z wyłączonym napędem statek schodził bardzo stromym torem i tak szybko, że Liorenowi przypominało to raczej niekontrolowany upadek. Tuż nad ziemią zwolnił jednak, wyhamowany promieniami odpychającymi, które zmiotły trzy kępy roślinności, wygładzając planowane lądowisko. Samo przyziemienie okazało się bardzo łagodne.
Lioren spojrzał z dezaprobatą na pilota i nie po raz pierwszy zastanowił się, dlaczego niektórzy muszą przy różnych okazjach popisywać się swoimi umiejętnościami. Zanim jednak ułożył w myślach pochwalną, ale krytyczną zarazem wypowiedź, otwarto właz.
Wszyscy mieli na sobie ciężkie kombinezony ze zbiornikami powietrza. Powinni być w tych stronach bezpieczni przed wszelkimi atakami posługujących się tylko naturalnym orężem tubylców. Pięciu Ziemian i trzech Orligian pobiegło przeszukać budynki wokół, podczas gdy Dracht-Yur i Lioren ruszyli szybko do domu, w którym mimo wczesnej godziny już paliły się światła. Okrążyli go raz, trzymając się poniżej poziomu zamkniętych, ale pozbawionych zasłon okien, i przystanęli przed jedynym wejściem.
