
Przeklinając Szalonego Wardena za brak bardziej szczegółowych informacji, wysłali standardową ekspedycję o maksymalnym stopniu zabezpieczenia — ekspedycję złożoną z dwustu najlepszych, najbardziej doświadczonych członków Grup Eksploracyjnych, wspomaganych przez cztery ciężkie krążowniki uzbrojone po zęby.
Problem z raportami Wardena polegał na tym, iż prawie zawsze opisywały sytuację poprawnie, tyle że nie wiadomo było, o co w nich chodzi, dopóki nie dotarło się na miejsce. Wynurzając się z hiperprzestrzeni, członkowie ekspedycji ujrzeli dziwny widok — gorącą gwiazdę typu F z olbrzymim systemem planetarnym, zawierającym otoczone pierścieniami gazowe olbrzymy, wielkie asteroidy i liczne planety zbudowane z materiałów stałych. W samym środku, blisko słońca, znajdowały się cztery światy, bogate w tlen, azot i wodę, cztery klejnoty, które aż krzyczały: „życie”. I chociaż planety te krążyły na różnych orbitach — najbliższa w odległości 158 milionów kilometrów od ich słońca, a najdalsza 308 milionów kilometrów — to w momencie, kiedy członkowie ekspedycji ujrzeli je po raz pierwszy, tworzyły rzadko spotykaną konfigurację. Przez krótki okres cała czwórka znajdowała się pod kątem prostym jedna względem drugiej. Chociaż, był to jedynie szczęśliwy zbieg okoliczności, nigdy już później nie obserwowany, owe cztery planety nazwano Rombem Wardena. Zyskały one także potoczną nazwę: Diamenty Wardena. Bo były to rzeczywiście diamenty, niezależnie od ich przypadkowego układu w momencie odkrycia — iskrzące klejnoty, pełne potencjalnych skarbów.
A przecież, nawet ci z najbardziej materialistycznym poglądem na świat, uznali taką konfigurację za jakiś omen, w czym nie różnili się zapewne od samego Wardena. Podobnie jak Warden, nie wylądowali bezpośrednio po przylocie. Węszyli, sondowali i analizowali, lecz nie znaleźli niczego podejrzanego. Nie było tam żadnych dowodów działalności jakichś sił nadprzyrodzonych, mimo statystycznego nieprawdopodobieństwa istnienia takich czterech światów obok siebie.
