Teresa Osborne skrzyżowała ramiona i zapatrzyła się w wodę. Wcześniej kilka osób spacerowało wzdłuż brzegu, ale spostrzegłszy chmury, czym prędzej się oddaliło. Zauważyła, że jest sama na plaży, i rozejrzała się wokół siebie. Ocean odbijał kolor nieba, wyglądał jak płynne żelazo, fale bez ustanku toczyły się do brzegu. Ciężkie chmury opuszczały się powoli, mgła gęstniała, sprawiając, że horyzont zaczął znikać. W innym miejscu, o innej porze poczułaby majestat otaczającego ją piękna, ale gdy tak stała na plaży, zdała sobie sprawę, że w ogóle nic nie czuje. W pewnym sensie czuła się tak, jakby jej tam wcale nie było, jakby tylko śniła.

Przyjechała tu dziś rano, a prawie nie przypominała sobie podróży. Kiedy podjęła decyzję, zaplanowała, że zostanie na noc. Załatwiła wszystko i nawet cieszyła się na spokojny wieczór z dala od Bostonu, ale obserwując wzburzony ocean, uświadomiła sobie, że wcale nie chce zostać. Gdy tylko skończy to, co zamierzała, wróci do domu bez względu na późną porę.

Kiedy wreszcie była gotowa, powoli ruszyła w kierunku wody. Pod pachą miała torbę, którą starannie spakowała rano, upewniając się, że niczego nie zapomniała. Nikomu nie powiedziała, co zabiera ze sobą ani co zamierza dzisiaj robić. Oznajmiła tylko, że wybiera się na świąteczne zakupy. Była to doskonała wymówka, bo, chociaż miała pewność, że zrozumieliby, gdyby powiedziała prawdę, jednak tej wyprawy nie chciała z nikim dzielić. Od niej samej wszystko się zaczęło i wolała sama to dokończyć.

Teresa westchnęła i zerknęła na zegarek. Wkrótce nastąpi przypływ i właśnie wtedy będzie naprawdę gotowa. Na niewysokiej wydmie znalazła miejsce, które wydało się jej wygodne, usiadła i otworzyła torebkę. Pogrzebała w niej przez chwilę i wyjęła kopertę. Wzięła głęboki oddech i powoli ją otworzyła.

Były tam trzy listy, starannie złożone, listy, które przeczytała niezliczone razy. Siedząc na piasku, trzymała je przed sobą i na nie patrzyła.

W torbie miała również inne rzeczy, ale jeszcze nie była gotowa ich oglądać. Całą uwagę skupiła na listach. Piszący używał wiecznego pióra. Tam, gdzie pióro ciekło, były kleksy. Papeteria z wizerunkiem żaglowca w prawym górnym rogu zaczynała gdzieniegdzie tracić kolor, blakła powoli z upływem czasu. Wiedziała, że kiedyś nie da się odczytać słów, ale miała nadzieję, że po dzisiejszym dniu nie będzie tak często odczuwała potrzeby ich oglądania.



4 из 237