Rodzice dyskutowali z Herbenem, jak najlepiej ułożyć wszystkie sprawy, a tymczasem myśli Belindy błądziły własnymi torami. Wszystko, dosłownie wszystko się w niej burzyło na myśl o tym, że miałaby zająć miejsce ubóstwianej Signe. Po prostu nie mogła tego zrobić i już! Ludzie kochani, przecież nawet Herben Abrahamsen musi wiedzieć, jaka Belinda jest gapowata i niezdarna. Nie można powierzać małego, delikatnego dziecka komuś, kto się tak zamyśla, że filiżanka wypada mu z rąk.

Najbardziej jednak dręczyło ją coś innego. Chociaż Belinda nie przywykła do adoracji ze strony mężczyzn, to ogarniał ją głęboki niepokój, gdy Abrahamsen wbijał w nią oczy. Nie byłaby zresztą w stanie tego niepokoju określić, ale sprawiał, że nie mogła zebrać myśli. Nie pojmowała, skąd przyszło jej do głowy, że ten człowiek ma w stosunku do niej nie całkiem czyste zamiary. Wszyscy mówili, że jest wspaniałym mężczyzną i wyjątkowo dobrą partią, Signe też tak mówiła, więc pewnie taki był. Ale Signe kiedyś mimochodem wspomniała coś o „uniesieniu do granicy bólu”. Osiemnastoletnia Belinda nie rozumiała tych słów, ale to właśnie ich bała się teraz najbardziej. Wyczuwała bowiem, że mają jakiś związek z jej największą tajemnicą. Z tymi dziwnymi falami gorąca zalewającymi jej ciało, jakby krew się burzyła, i z tą jakąś niepojętą tęsknotą, która ogarniała ją często i stawała się coraz bardziej dręcząca. Nikt nie znał jej snów na jawie, nawiedzających ją w bezsenne noce, ani jej prób uciszenia dojmującej potrzeby ciała, a także przerażenia i wstydu z powodu tego, co robiła.

W rzeczywistości bowiem Belinda była młodą kobietą obdarzoną bardzo gorącą krwią. To, czego nie dostawało jej umysłowi, zostało z nawiązką zrekompensowane przez wrażliwą uczuciowość. Niekiedy wydawało jej się, że ogarnia ją pożar, którego nikt, a już w każdym razie ona sama nie jest w stanie ugasić.



11 из 197