— Aha — mruknął Bykow. — No więc cóż, dobrze. Gdzie jesteśmy?

— Za godzinę wchodzimy w strefę końcową — poinformował Michaił Antonowicz. — Przelecimy nad północnym biegunem Jowisza — słowo „Jowisz” wymówił przy tym ze szczególnym akcentem zadowolenia — w odległości dwóch średnic, dwustu dziewięćdziesięciu megametrów. A potem jeszcze ostatnie okrążenia. W zasadzie możemy uważać, że jesteśmy na miejscu, Loszeńka…

— Odległość liczyłeś od środka Jowisza?

— Tak, od centrum.

— Gdy wejdziemy w strefę końcową lotu, będziesz co kwadrans podawał odległość od egzosfery.

— Tak jest, Loszeńka — rzekł Michaił Antonowicz.

Bykow ziewnął raz jeszcze, dłońmi zwiniętymi w pięści z zakłopotaniem przetarł klejące się ze snu oczy i przeszedł wzdłuż pulpitu sygnalizacji awaryjnej. Tutaj wszystko było w porządku. Silnik pracował bez zrywów, plazma dochodziła rytmicznie, regulacja pułapek magnetycznych działała bez zarzutu. Za pracę pułapek magnetycznych odpowiadał inżynier pokładowy Zylin. Zuch, Żylin, pomyślał Bykow. Wyregulował znakomicie, zuch chłopak.

Bykow zatrzymał się i spróbował zmieniając odrobinę kurs zakłócić regulację pułapek, ale bezskutecznie. Białe światełko za przezroczystą szybą z masy plastycznej nawet nie drgnęło. Zuch chłopak, pomyślał znowu Bykow. Teraz wyminął wypukłą ścianę, która stanowiła osłonę fotoreaktora. Przy aparaturze kontrolującej działanie zwierciadła stał Żylin z ołówkiem w zębach. Obiema rękami opierał się o pulpit i prawie niewidzialnymi ruchami wybijał czeczotkę, poruszając przy tym potężnymi łopatkami na przygarbionych plecach.

— Witaj, Wania — powiedział Bykow.

— Witajcie, Aleksieju Pietrowiczu — odpowiedział Żylin, odwracając się gwałtownie. Ołówek wypadł mu z zębów, ale Żylin zręcznie pochwycił go w locie.

— Jak tam zwierciadło? — zapytał Bykow.

— Zwierciadło w porządku — odparł Żylin, ale Bykow mimo wszystko pochylił się nad pulpitem i przeciągnął szeroką błękitną taśmę z zapisem danych kontrolnych.



10 из 289