
— Aleksiej, mówię najzupełniej poważnie — irytował się Jurkow-ski. — Gdzie jest moja Warieczka?
— Wiecie co, planetolodzy — odezwał się Bykow. — Idźcie do diabła!
Bykow wydął policzki i ruszył do kabiny nawigacyjnej. Dauge rzucił w ślad za nim:
— On spalił Warieczkę w reaktorze. Bykow głośno zatrzasnął za sobą luk.
W kabinie nawigacyjnej było cicho. Przy stole przy analizatorze matematycznym siedział na zwykłym miejscu nawigator Michaił Antonowicz Krutikow, podpierając podwójny podbródek zwiniętą w kułak pulchną dłonią. Maszyna matematyczna wydawała lekki szmer, mrugając neonowymi światłami lamp kontrolnych. Michaił Antonowicz zwrócił na kapitana swe łagodne spojrzenie.
— Pospałeś sobie, Loszeńka, co?
— A pospałem — odrzekł Bykow.
— Odebrałem z Amaltei namiary — powiadomił go Michaił Antonowicz. — Wyczekują nas tam, aj, jak wyczekują… — Pokiwał przy tym głową. — Wyobraź sobie, Loszeńka, że dzienna racja wynosi teraz dwieście gramów sucharów i pięćdziesiąt gramów czekolady. Poza tym zupa z chlorelli. Trzysta gramów zupy z chlorelli. To przecie okropnie niesmaczne.
Ciebie by tam posłać, pomyślał Bykow, schudłbyś zdrowo, grubasie. Obrzucił nawigatora surowym spojrzeniem i nie wytrzymał — uśmiechnął się. Michaił Antonowicz zafrasowany wydął grube wargi i oglądał pokratkowany arkusz niebieskiego papieru.
— Masz, Loszeńka — rzekł. — Opracowałem program końcowej trasy lotu. Sprawdź, proszę.
Programów trasy, opracowanych przez Michaiła Antonowicza, nie trzeba było zwykle sprawdzać. Michaił Antonowicz był nadal
najgrubszym i najbardziej doświadczonym nawigatorem z całej flotylli statków międzyplanetarnych.
— Sprawdzę później — powiedział Bykow. Ziewnął serdecznie, osłaniając usta dłonią. — Podaj program do autonawigatora.
— Już podałem, Loszeńka — odezwał się tonem winowajcy Michaił Antonowicz.
