
— Tak — przyznał Bykow. — Oversun. No i masz ten oversun. Wrócił do nawigatora i spojrzał na licznik rejestrujący zużycie
paliwa.
— Daj no mi kopię końcowej trasy lotu, Misza.
— Chwileczkę. Loszeńka — odrzekł nawigator.
Był w tej chwili bardzo zajęty. Na stole leżały rozrzucone kartki papieru, półautomatyczna przystawka do analizatora elektronowego pracowała prawie bezszelestnie. Bykow usiadł w fotelu i przymknął lekko powieki. Widział niewyraźnie, jak Michaił Antonowicz, nie odrywając wzroku od taśmy z zapisem, przeciągnął rękaw stronę pulpitu i szybko przebiegł palcami po klawiaturze. Ręka jego była podobna do wielkiego białego pająka. Analizator matematyczny zaszumiał głośniej, po czym zatrzymał się i zapaliło się światełko „stop”.
— Co ci jest, Loszeńka? — zapytał nawigator, nie odrywaj ąc wzroku od swych zapisów.
— Daj program trasy końcowej — rzekł Aleksiej Pietrowicz, otwierając z wysiłkiem oczy.
Z analizatora zaczęła wypełzać taśma tabelogramu i Michaił Antonowicz wczepił się w nią obiema rękami.
— Jedną chwilę — odrzekł pośpiesznie. — Chwileczkę. Bykow poczuł przyjemny szum w uszach, pod powiekami zawirowały żółte ogniki. Głowa opadła mu na piersi.
— Loszeńka — przemówił nawigator. Pochylił się nad stołem i poklepał Bykowa po ramieniu. — Loszeńka. Masz tu program…
Bykow ocknął się, potrząsnął głową, rozejrzał się na boki, po czym wziął zapisane kartki.
— Khe-khe — odkaszlnął, marszcząc czoło. — Tak, znów teta-algorytm… — Spojrzał sennym wzrokiem na zapis.
