Antymarsem kosmogatorzy nazywali sztuczną planetę, krążącą po prawie identycznej orbicie co Mars, tyle że po drugiej stronie Słońca. W istocie był to olbrzymi magazyn paliwa, w pełni zautomatyzowana stacja zaopatrzeniowa.

— A w ogóle to mógłbyś na mnie… nie podnosić głosu — rzekł Michaił Antonowicz.

Ostatnie słowa wypowiedział prawie szeptem. Michaił Antonowicz ochłonął już z pierwszego uniesienia; Bykow także.

— No dobrze — rzekł. — Wybacz, Misza. Michaił Antonowicz uśmiechnął się natychmiast.

— Nie miałem racji — dodał Bykow.

— Ach, Loszeńka — podchwycił skwapliwie Krutikow. — To głupstwo. Nie ma o co… Spójrz no tylko, jak zadziwiająca spirala z tego wychodzi. Z linii prostopadłej — zaczął pokazywać ręką — przechodzimy równolegle do powierzchni Amaltei i tuż ponad egzosferą po elipsie bezwładności docieramy do punktu przeznaczenia. Przy lądowaniu względna szybkość lotu będzie wynosiła zaledwie cztery metry na sekundę. Przeciążenie maksymalne tylko dwadzieścia dwa procent, a czas nieważkości potrwa nie więcej niż trzydzieści — czterdzieści minut. Odchylenia mogą tu być zupełnie minimalne.

— Odchylenia minimalne, no bo przecież teta-algorytm — rzekł Bykow. Miał ochotę powiedzieć nawigatorowi coś miłego: teta-algorytm został opracowany i zastosowany po raz pierwszy przez Michaiła Antonowicza.

Michaił Antonowicz wydał jakiś nieokreślony dźwięk. Był wyraźnie zadowolony. Bykow sprawdził program lotu do końca, kilka razy z rzędu kiwnął potakująco głową i, odłożywszy kartki, zaczął przecierać oczy olbrzymimi, obsypanymi piegami, zwiniętymi w pięści dłońmi.

— Mówiąc szczerze — odezwał się po chwili — wcale się nie wyspałem.

— Przyjmij sporaminę, Loszka — namawiał Michaił Antonowicz. — Ja przyjmuję co dwie godziny tabletkę i widzisz, wcale nie chce mi się spać. Wania tak samo. Po co tak się męczyć?

— Nie lubię tej ich chemii — rzekł Bykow. Ruszył z miejsca i przeszedł się po kabinie. — Słuchaj Misza, co się dzieje na statku?



14 из 289