
— Boże, mity — westchnął Dauge. — Co też nie przyjdzie do głowy planetologowi, który zgłupiał do reszty z nieróbstwa! — Usiadł, spojrzał spod oka na Jurkowskiego i szepnął złowieszczo: — Jestem przekonany, że to Aleksiej. Zawsze jej nienawidził.
Jurkowski spojrzał uważnie na Daugego.
— Tak — ciągnął Dauge. — Zawsze. Sam wiesz o tym dobrze. I za co? Przecież była taka spokojna… taka miła…
— Głupiś — odrzekł Jurkowski. — Żartujesz sobie, a mnie naprawdę będzie bardzo żal, jeśli zginie.
Usiadł na stole, wsparł się łokciami o kolana, złożył podbródek na zaciśniętych w pięści dłoniach, zmarszczył wysokie, przechodzące w łysinę czoło, czarne brwi nasępił tragicznie.
— No, daj spokój — odezwał się Dauge. — Przecież na statku nie może zginąć. Jeszcze się znajdzie.
— Znajdzie! — wybuchnął Jurkowski. — Akurat pora, żeby coś zjadła. Sama przecież nigdy nie poprosi, teraz zdechnie mi z głodu.
— Zaraz ci zdechnie… — rzekł z powątpiewaniem Dauge.
— Już od dwunastu dni nic nie jadła. Od samego startu. To się odbije na jej zdrowiu.
— Zechce żreć, przylezie — przekonywał Dauge. — Tak jest ze wszystkimi zwierzakami.
Jurkowski pokręcił głową.
— Nie, Grisza, ona nie przyjdzie.
Znów wszedł na stół i zaczął, centymetr po centymetrze, obszukiwać sufit. Rozległo się stukanie do drzwi. Po chwili drzwi bezszelestnie odjechały w bok i w progu ukazał się mały, czarnowłosy radiooptyk Charles Molliar.
— Wejść mnie? — zapytał Molliar.
— Oczywiście — rzekł Dauge. Molliar klasnął w dłonie.
— Mais non! — zawołał, uśmiechając się radośnie. Zawsze się tak uśmiechał. — Non „wejść”. Pytam, czy wchodzić?
— Naturalnie — odezwał się Jurkowski z wysokości stołu. — Naturalnie, wchodzić Charles, dlaczego by nie?
Molliar wszedł, zamknął za sobą drzwi i z ciekawością zadarł do góry głowę.
