
— A gdy siądzie na Gregoire’a, to będzie jak Gregoire — rzekł Molliar. — Wciąż żartujecie.
— Nie, prawdę mówi — włączył się do rozmowy Dauge. — Warieczka stale zmienia barwę. Potrafi nadzwyczajnie się maskować, rozumiecie? Zdolność przystosowania.
— Mimikra u jaskółka? — zgorszył się Molliar. Znów zapukano do drzwi.
— Wchodzić! — zawołał radośnie Molliar.
— Wejść — poprawił Jurkowski.
Wszedł Żylin, olbrzymi, rumiany i jakby onieśmielony.
— Wybaczcie mi, Władimirze Siergiejewiczu — przemówił, pochylając się nieco ku przodowi. — Mnie…
— O! — zawołał Molliar, rozpływając się w uśmiechu. Zawsze okazywał żywą sympatię inżynierowi pokładowemu. — Le petit ingenieur! Jak zdrowie, doskonal-je?
— Doskonale — odparł Żylin.
— A jak dziewczynki? Doskonal-je?
— Doskonale — odrzekł Żylin. Przyzwyczaił się już do tego. — Tres bien.
— Masz świetny akcent — rzekł Dauge z nutką zazdrości. — A propos, Charles, dlaczego pytacie zawsze Wanię o dziewczynki?
— Bardzo je lubię — odparł z powagą Molliar. — 1 zawsze jestem ich ciekaw.
— Tres bien — rzekł Dauge. — Je vous comprend.
Żylin zwrócił się do Jurkowskiego:
— Władimirze Siergiejewiczu, przychodzę z polecenia kapitana. Za czterdzieści minut przejeżdżamy przez perijovum niemalże w samej egzosferze.
Jurkowski poderwał się z miejsca.
— No, wreszcie!
— Jeśli będziecie prowadzili obserwacje, jestem do waszej dyspozycji.
— Dziękuję, Wania — odparł Jurkowski i zwrócił się do Daugego: — No więc Johanyczu, do dzieła!
— No, Jowiszu, trzymaj się — rzekł Dauge.
