
— Les hirondelles, les hirondelles — zanucił Molliar. — A ja pójdę szykować obiad. Dzisiaj mój dyżur i na obiad będzie zupa. Lubicie zupę, Wania?
Żylin nie zdążył odpowiedzieć. Statkiem gwałtownie szarpnęło i inżynier poleciał w otwarte drzwi, ledwie zdążył uchwycić się framugi. Jurkowski potknął się o wyciągnięte nogi rozwalonego na kanapie Molliara i wpadł na Daugego. Dauge aż jęknął.
— Oho — rzekł Jurkowski. — Meteoryt.
— Zleź ze mnie — powiedział Dauge.
3. Inżynier pokładowy podziwia bohaterów, a nawigator odkrywa Warieczke
Ciasna kabina obserwacyjna wypełniona była po brzegi aparaturą planetologów.
Dauge przykucnął przed olbrzymim, lśniącym aparatem, podobnym do kamery telewizyjnej.
Był to spektrograf do badania egzosfery. Planetolodzy pokładali w nim wielkie nadzieje.
Aparat był całkiem nowy, wprost z fabryki. Jego działanie było zsynchronizowane z wyrzutnią bomb. Matowoczarna komora wyrzutni bomb wypełniała połowę kabiny. Obok w lekkich metalowych stelażach połyskiwały czarne boki płaskich pojemników na bombo-sondy. Każdy z pojemników zawierał dwadzieścia bombosond i ważył czterdzieści kilogramów. Zgodnie z projektem, pojemniki powinny być podawane do wyrzutni bomb automatycznie. Ale statek fotonowy „Tachmasib” nie został należycie przystosowany do prowadzenia badań naukowych na większą skalę, więc na jego pokładzie nie starczyło już miejsca na zainstalowanie tego typu urządzeń automatycznych. Wyrzutnię bomb obsługiwał Żylin.
— Ładuj — podał komendę Jurkowski.
Żylin odsunął pokrywę komory, uchwycił rękami z obu stron pierwszy pojemnik, podniósł go z wysiłkiem i wstawił w prostokątny otwór komory wyrzutni. Pojemnik bezszelestnie wsunął się na miejsce. Żylin zaciągnął pokrywę, szczęknął zamkiem i powiedział:
— Gotów.
— Ja też — odrzekł Dauge.
