
— Trafił, gad — powiedział Żylin i oderwał się od ściany. Za nim, osiadając z wolna, wlókł się biały obłok.
W kabinie nawigacyjnej było bardzo zimno. Żylin dostrzegł zamróz lśniący tęczowo na ścianach i na podłodze. Michaił Antonowicz siedział przy maszynie matematycznej i podciągał ku sobie taśmę z zapisami. Bykowa tutaj nie było, widocznie znajdował się za osłoną reaktora.
— Co, znów trafiło? — cieniutkim głosem zawołał nawigator.
— Czy inżynier pokładowy już jest? — huknął basem Bykow spoza osłony reaktora.
— Jestem — odezwał się Żylin.
Przebiegł przez kabinę, ślizgając się po szronie. Bykow wyszedł mu na spotkanie i rude włosy stały mu na głowie dęba.
— Do kontroli zwierciadła — zakomenderował.
— Tak jest — odpowiedział Żylin.
— Nawigatorze, czy jest gdzieś jakieś przejście?
— Nie, Loszeńka. Wszędzie jednakowa gęstość meteorytów. Ależ dogodziło nam…
— Wyłącz zwierciadło. Spróbuję się przebić na silnikach awaryjnych.
Michaił Antonowicz okręcił się pośpiesznie na fotelu obrotowym, w stronę pulpitu aparatury sterującej. Położył rękę na klawiszach i rzekł:
— Można by było…
Zamilkł wpół zdania. Jego twarz wykrzywił grymas przerażenia. Tarcza z klawiszami urządzeń sterujących wygięła się, potem się wyprostowała i bezszelestnie spłynęła na podłogę. Żylin usłyszał krzyk Michaiła Antonowicza i w popłochu wybiegł spoza osłony reaktora. Na ścianie kabiny, wczepiona w miękkie obicie, siedziała półtorametrowa jaszczurzyca marsjańska, ulubienica Jurkowskiego — Warieczka. Widoczny na jej bokach rysunek klawiszy sterowniczych zaczął się już zacierać, ale na strasznym trójkątnym pysku wciąż jeszcze migotało wolniutko czerwone odbicie światełka „stop”. Michaił Antonowicz wpatrywał się w cętkowaną Warieczkę i pochlipywał, przyciskając rękę do serca.
