
Na korytarzu było jasno i pusto. Bykow skierował kroki do kabiny nawigacyjnej, starając się nie szurać nogami. Do kabiny nawigacyjnej trzeba było przejść przez kajutę ogólną. Drzwi do niej były otwarte i dolatywały stamtąd strzępy rozmowy. Były to głosy planetologów Daugego i Jurkowskiego. Bykowowi wydało się, że głosy są dziwnie stłumione, a równocześnie czuło się w nich podniecenie.
Znów coś sobie wykombinowali, pomyślał Bykow. Nie ma przed nimi żadnego ratunku. Nawet zwymyślać ich porządnie nie można, bo są przecież moimi przyjaciółmi i bardzo cieszą się z tego, że w tym rejsie lecimy razem. Niezbyt często możemy być razem.
Bykow wszedł do kajuty ogólnej i zatrzymał się u wejścia. Szafa z książkami była otwarta, tomy rzucone niedbale na kupę poniewierały się po podłodze. Serweta zsunęła się ze stołu. Spod kanapy sterczały długie nogi Jurkowskiego w szarych, wąskich, obcisłych spodniach. Jurkowski przebierał nimi rozpaczliwie.
— Mówię ci, że jej tu nie ma — zapewniał Dauge. Daugego nie było widać.
— Szukaj — rzekł Jurkowski zduszonym głosem. — Jak zacząłeś, to szukaj.
— Co tu się dzieje? — zapytał Bykow surowo.
— Aha, jesteś! — ucieszył się Dauge, wyłażąc spod stołu. Twarz miał uśmiechniętą, bluza i kołnierz koszuli były rozpięte.
Jurkowski tyłem wygramolił się spod kanapy.
— O co chodzi? — zapytał Bykow.
— Gdzie moja Warieczka? — odpowiedział mu pytaniem Jurkowski, wstając na nogi. Był bardzo rozdrażniony.
— Potwór! — wyraził się głośno Dauge.
— Próżniaki — powiedział Bykow.
— To on! — rzekł Dauge dramatycznym głosem. — Spójrz na tę twarz, Wołodia. To kat!
