
Ale przecież pozwolono jej tutaj mieszkać. Przygarnęli dziecko wędrownych artystów i byli dla niej mili, więc oczywiście powinna pomagać jak potrafi.
W tamtym okresie Tiril do tego stopnia akceptowała myśl o swojej obcości w tym domu, że sama w to wierzyła. Osobą, którą naprawdę chciała wesprzeć, była nieszczęsna Carla. Ale nie umiała jej nakłonić do zwierzeń. I nic nie zmieniło się do chwili, gdy Carla skończyła szesnaście lat, a Tiril miała czternaście.
Nieoczekiwanie matka oświadczyła, że starsza córka powinna wyjść za mąż za pewnego bardzo bogatego młodego mieszkańca Bergen. Od tego dnia dom znowu się ożywił, ku wściekłym protestom ojca organizowano wielkie bale i przyjęcia jak za dawnych dobrych czasów. Tiril nigdy nie widziała ojca w takim stanie. I to wcale nie przyjęcia tak go irytowały, dziewczynka była pewna, że chodzi tu o coś zupełnie innego. O coś okropnego, czuła to, ale nie była w stanie nawet w przybliżeniu określić, o co.
Pewnego ranka zapłakana Carla siedziała w salonie na górze. Tiril weszła tam nieoczekiwanie, więc starsza siostra nie mogła już uniknąć szczerej rozmowy.
– Kochana Carlo – powiedziała Tiril, sadowiąc się na podłodze u stóp siostry. – Jako dzieci byłyśmy przecież serdecznymi przyjaciółkami. Czy nie możesz mi powiedzieć, dlaczego jesteś taka smutna?
Carla tylko ukryła twarz w wielkiej chustce do nosa i zaczęła głośno szlochać.
– Czy to dlatego, że mama postanowiła cię wydać za mąż? – zaczęła Tiril ostrożnie. – A ty tego nie chcesz?
– Owszem, chcę. Niczego bardziej nie pragnę, jak wyjść za niego. To taki wspaniały młodzieniec – łkała dalej Carla, obejmując rozpaczliwie siostrę.
– No to o co ci chodzi? – zawołała Tiril.
Carla zaniosła się nowym szlochem.
– Ja chcę umrzeć – wykrztusiła. – Po prostu chcę umrzeć, uwolnić się od tego całego… brudu! Ja jestem brudna… chcę umrzeć!
