
– Ejże! – wymamrotał pod nosem. – A cóż to za diabelstwo włóczy się po nocach?
Domyślał się, kto nasyła tego mieszkańca piekielnych otchłani. W okolicy żył pewien chłop, Jon Jonsson, który – jak gadano – dobrze znał sztuki, przez Kościół raczej nie pochwalane. Syn tego chłopa starał się o rękę pasierbicy pastora, ale mu odmówiono. Wielebny Jon nie życzył sobie wprowadzać do domu ani syna, ani ojca; obaj cieszyli się złą sławą. Ludzie nazywali ich czarownikami, a o starym powiadano z lękiem „czarnoksiężnik”.
Teraz chcieli się zemścić.
Daleko stąd, nad wielkim fiordem, Isafjördhardjup, fale tłukły o skalny brzeg, lecz bliżej, w osłoniętej zatoce, cicho było niczym w grobie.
Zemsta nie zemsta, pastor nie miał zamiaru poddawać się bez walki. Znał wiele sposobów, by się bronić, wiele magicznych formułek i świętych zaklęć, które mogły posłużyć przy odpędzaniu złego ducha. Starał się przezwyciężyć strach, złożył drżące dłonie i wołał, zrazu dość niepewnie, potem jednak coraz bardziej stanowczo:
„Zwracam się do Ciebie, Boże Wszechmogący.
Diabelski pies w niewolę brać mnie chce.
Nastaje na me życie, ostrzy sobie kły.
Pomóż mi, Panie, w niedoli mej!”
Zelżał ciężar? Nie, jeszcze nie. W pokoju wciąż panowały nieprzeniknione ciemności. Wielebny Jon jął szukać na nocnym stoliku swego krzyża, znalazł go i ściskając mocno skierował w stronę czerniejącego cienia. Jego głos był czysty i silny:
„Jezu żywy, ześlij mi swą łaskę,
Spraw, bym w walce z Diabłem okazał niezłomność!
Patrz na wszystko, co się dzieje,
Szatan zostanie ukarany.
Wpadnie w ciemną otchłań Śmierci,
Zepchnięty siłą mojej wiary”.
Pastor z trudem wciągał powietrze. Oddech miał ciężki, serce waliło w piersiach jak młotem, ręce się trzęsły. Na szczęście jego małżonki Thorkatli nie było w domu, mógł więc krzyczeć z siłą grzmotu:
