
„Ty kusisz ludzi, obrażasz dobrego syna Boga.
Podpełzasz ze złem pod Krzyż Chrystusowy.
Spokój płynie z Krzyża,
Podstępny wąż ucieka.
Kacie z Hel, znam ja twoje sztuczki…”
Nic jednak nie pomagało. Zły duch wciąż leżał na stopach pastora, czyniąc noc nieznośnie długą i bolesną.
I tak to miało trwać. Noc w noc zjawiała się ponura istota, ciężka i bezkształtna mara z bezimiennego królestwa ciemności, i dręczyła wielebnego Jona.
Sługa Boży poszukiwał w swoim domu czarodziejskich pogańskich run, ale jakim sposobem Jon Jonsson i jego syn mogliby się dostać na plebanię, by je tam umieścić? Wielebny Jon miał na myśli owe ohydne znaki z czasów, kiedy północna Islandia była opanowana przez ciemne moce z Gottskalkiem Złym na czele. Teraz z pewnością te znaki nie istnieją, zaginęły. Powinny były zaginąć. Kto jednak wie, ile potrafi Jon Jonsson?
Na to pytanie proboszcz nie umiał odpowiedzieć. I zresztą nawet nie miałby odwagi się nad tym zastanawiać.
Któregoś dnia z wizytą do pastora przybył pewien pobożny człowiek imieniem Snäbjörn Palsson z Kirkjubol. Znali się obaj od dawna. Snäbjörn powiedział, że wielebny Jon nie wygląda dobrze. Absolutnie nie. Prawdę powiedziawszy, pastor wyglądał źle. Kiedy szli ścieżką przez cmentarz i rozmawiali, wielebny Jon zwierzył się przyjacielowi ze swojej udręki.
Zimny jesienny wiatr gnał po niebie deszczowe chmury, dodatkowo potęgując makabryczną treść opowiadania. Przy takiej pogodzie żadne mroczne cienie ani nocne strachy nie wydają się zbyt nieprawdopodobne, tak samo jak czary z pradawnych, przenikniętych magią czasów.
Kiedy pastor zakończył swoją historię, Snäbjörn przystanął i zaczął spoglądać na kościelną wieżę, jakby tam szukając pomocy. Uszy zrobiły mu się czerwone od wiatru, krople deszczu spływały z czoła na nos i największym jego pragnieniem było znaleźć się pod dachem. Wielebny Jon nie przestawał jednak krążyć po cmentarnych dróżkach, by ukryć tę rozmowę w tajemnicy przed innymi, więc z szacunku dla przyjaciela Snäbjörn nie wyjawił swego pragnienia.
