
Żona węglarza dostała maść na swoje owrzodzone nogi. Kiedy stara pani Grønske leżała umierająca, pastor zaś wolał iść na przyjęcie do burmistrza, właśnie Tiril siedziała przy posłaniu staruszki aż do końca. Sakramentów wprawdzie nie mogła jej udzielić, lecz ciepła dziewczęca rączka sprawiała, że konająca nie czuła się w ostatniej godzinie taka samotna i porzucona na pastwę losu.
Zniszczone dziewczyny uliczne w portowej dzielnicy, te, których już nikt. nie chciał, dostawały od czasu do czasu buteleczkę najlepszej wódki pana konsula. Albo przynajmniej chwilę przynoszącej pociechę rozmowy, kiedy zmarznięte wysiadywały na schodach. Tiril co prawda niezbyt wiele pojmowała z tego, o czym te kobiety mówiły, były to przeważnie płaczliwe zwierzenia najrozmaitszego rodzaju. O mężczyznach, którzy je bili, lub o takich, co zarazili je okropną chorobą, albo – co było najgorsze ze wszystkiego – ukradli z takim trudem uzbierane pieniądze. Opowiadały o marzeniach, które nigdy się nie spełniły, o jakichś przemyślnych, lecz, niestety, nieudanych próbach zdobycia bogactwa, o księciu na białym koniu, który nigdy nie przybył, o dzieciach, które się nie narodziły…
Po ulicach włóczyło się wiele bezdomnych psów. Również dla nich Tiril zawsze miała dobre słowo, a często i coś do jedzenia. Starannie to dzieliła, by każdy dostał i żaden nie czuł się zapomniany.
Pewnego dnia była świadkiem niezwykle przykrego wy- darzenia, mianowicie dorosłe psy starały się przegonić niedużego szczeniaka. No, taki mały to on może nie był, miał jednak skaleczoną jedną łapę i kulał. Tego typu sprawy zdziczałe psy załatwiają po swojemu, lecz Tiril nie mogła się na to godzić. Rzuciła się na ratunek psiakowi, który, zapędzony w kąt, znalazł się w sytuacji bez wyjścia.
Tiril stanęła tak, by go zasłonić. Nierozważny krok,, trzeba powiedzieć, lecz nie miała czasu się zastanawiać. Zresztą tamte psy ją przecież znały!
I rzeczywiście, jeden czy drugi najpierw warczał groźnie, lecz stanowczy głos Tiril skłonił je do odwrotu.
