
W roku 1927 najpopularniejsza była właśnie ballada o Lindelo. Christa miała słabość do przejmującej melodii, do rzewnego walca w tonacji moll. Inna sprawa, że akurat ta służąca nie była najodpowiedniejszą wykonawczynią utworu. Śpiewała wysokim, piskliwym glissandem i raz po raz głos jej się łamał jakby w szlochu.
Chociaż… może to właśnie tak należało? I może właśnie powinna śpiewać jedna z tych osób, dla których piosenka była przeznaczona?
Christa nigdy nie słyszała ballady w całości, jedynie krótsze lub dłuższe fragmenty. Wiedziała jednak, że podobnie jak inne tego rodzaju utwory pieśń jest bardzo długa. Należało rozwodzić się żałośnie nad losem nieszczęsnego, dokładnie tak, jak czyniła to tutejsza służąca na całe gardło:
„Nieszczęsny Lindelo miał brata
I siostrę młodziutką on miał.
Nie mieli ni matki, ni ojca,
Lindelo o bliskich swych dbał”.
Dziewczyna uśmiechnęła się przyjaźnie i wróciła do obory.
Christa siedziała na swojej ławce, machała nogami i czekała, aż tak zwany karbowy, czyli zarządca gospodarstwa, będzie mógł nalać jej mleka.
Nawet nie przeczuwała, co się za chwilę stanie.
Księżyc także tutaj pokazywał swoją chorobliwie bladą twarz, świecił teraz dokładnie nad otwartymi drzwiami, zimny i biały. Niczego jednak nie ujawniał, ciągle strzegł swoich tajemnic.
– Czego ty ode mnie dzisiaj chcesz? – zapytała Christa. – Co ty przede mną ukrywasz? Dlaczego wyglądasz tak, jakbyś wieszczył nieszczęście?
W następnym momencie prawda została jej rzucona prosto w twarz.
Dójki rozmawiały, pokrzykując do siebie, a mleko z szumem leciało z krowich wymion do wiader.
– Córka Monsena przyszła. Czeka w mleczarni.
– Jaka ona tam córka! – prychnęła inna.
– To on nie jest jej ojcem?
– Nie! Żebym się tak z miejsca nie ruszyła! Ja służyłam w tutejszej parafii, kiedy jej matka przyjechała. Frank Monsen może sobie myśleć, co chce, ale ja wiem, co mówiono w Lipowej Alei, kiedy ta mała kruszyna przyszła na świat.
