W Lipowej Alei dorastała jej matka.

Jednego bowiem Christa była pewna: kobiety w mleczarni mówiły prawdę. Frank nie jest jej ojcem, nigdy nie mógłby nim być. Nie mają ze sobą nic, ale to absolutnie nic wspólnego.

Rozlewając mleko do mniejszych naczyń, podświadomie nuciła piosenkę:

„Śliczna była siostrzyczka Lindelo,

Wiotka i wdzięczna jak kwiat.

Lecz życie jej nie pieściło,

Zły człowiek zamknął jej świat”.

– Ależ, Christo! – rozległ się oburzony głos Franka. – Jak możesz popisywać się taką nieprzyzwoitą uliczną śpiewką?

Dziewczyna drgnęła.

– Śpiewam coś nieprzyzwoitego? Nie zauważyłam.

– W moim domu życzę sobie wyłącznie budujących pieśni!

– Ale tę piosenkę słyszałam też w domu modlitwy.

– Nic podobnego! Ale a propos… Och, nie! Chodź no tu, żebym nie musiał tak krzyczeć! A propos modlitwy, to zaraz przyjdzie tu Ingeborg i zabierze cię na spotkanie.

– Dziś wieczorem? – zapytała Christa, wchodząc do pokoju. Obserwowała Franka Monsena spod oka i czuła, że dzieli ich po prostu przepaść. To tragiczne, ale tak właśnie jest. Jak mogła kiedykolwiek sądzić, że jest jego córką?

Och, dobry, drogi Franku, czy możesz mi to wybaczyć? Nie chciałabym tak tego odczuwać. Przecież ty, nie znając prawdy, zajmowałeś się mną przez całe moje życie troskliwie i serdecznie!

Jakoś nie przychodziło jej do głowy, że od wielu lat to ona zajmuje się nim, a nie odwrotnie.

– Spotkanie w domu modlitwy dziś wieczorem?

– Tak. Czyżbyś zapomniała? To ma być spotkanie i nauka dla młodych. Myślę, że dla mnie jest trochę za zimno, żeby wychodzić z domu, ale Ingeborg jest godną zaufania dziewczyną, odpowiednie towarzystwo dla ciebie. Zadbajcie tylko, żeby was potem ktoś odprowadził. Czekam na ciebie najpóźniej o dziesiątej.



16 из 194