
Frank skulił się w fotelu. Znowu odgrywał rolę człowieka cierpiącego, tylko że Christa była osobą zbyt prostolinijną, by przejrzeć jego grę.
– Moje dziecko, ja cię dziś nie poznaję. Taka jesteś zbuntowana! – Dobry Frank Monsen nie życzył sobie buntu… – Dobrze wiem, że jestem dla ciebie ciężarem – mówił dalej żałosnym głosem, pocierając teatralnym gestem czoło. – Ale przecież ja pragnę wyłącznie twego dobra! Wierz mi, ja wiem, co jest dla ciebie najlepsze. Tutaj idziesz na spotkanie umacniające wiarę, a w Lipowej Alei czekają cię jedynie ludzie, którzy błądzą.
Wiara Christy była szczera i mocna, ale przymus Franka zaczynał kłaść się cieniem na jej przekonania.
Teraz Frank dopiął nareszcie swego, Christę wprost dławiły wyrzuty sumienia. Mimo wszystko ustąpić nie chciała. Wyjazd do Lipowej Alei znaczył dla niej tak wiele.
– Ja muszę porozmawiać z rodziną. Są sprawy, o które chciałabym ich zapytać.
Frank stał się podejrzliwy, jego oczy rozbłysły gniewem.
– Czegóż to oni mogą cię nauczyć takiego, o czym nie mogłabyś rozmawiać ze mną?
– Ojcze, ja jestem jedną z nich, nie możemy o tym zapominać. Mój prawdziwy dziadek Ulvar i mój przybrany dziadek Henning pochodzą z Ludzi Lodu. Jutro są urodziny Henninga, on kończy siedemdziesiąt siedem lat i nie wiadomo, jak długo jeszcze z nami zostanie.
– Ach, ja umrę wcześniej, dobrze o tym wiesz, Mogę umrzeć w czasie, kiedy ty będziesz u nich, bo kto się mną zajmie pod twoją nieobecność? Pomyśl, co się stanie, jeśli dostanę ataku astmy, a będę w domu sam?
– Czy… Ingeborg nie mogłaby się tobą zaopiekować? – zapytała Christa prostodusznie.
Frank spojrzał na nią przestraszony.
Ingeborg natomiast zawołała szczerze:
– Ja chętnie zostanę! I mogę tu zanocować. Mama na pewno się zgodzi.
Spoglądała na niego z jakąś taką stanowczością, która przeraziła Franka w najwyższym stopniu. Dał się złapać we własną pułapkę.
