
Abel Gard położył delikatnie rękę na ramieniu Christy.
– Możemy iść?
– Oczywiście.
Wyszli w chłodny przedwiosenny wieczór.
Księżyc wzniósł się już wysoko na ciemnogranatowym niebie i świecił teraz czystym, mocnym światłem, niczym nie przesłonięty.
Szokująca tajemnica została ujawniona. Księżyc nie miał jej już nic smutnego do zakomunikowania.
Myśli Christy nieustannie krążyły wokół tego, co usłyszała w mleczarni. Miała wrażenie, że to się wydarzyło całe wieki temu, a w rzeczywistości minęło zaledwie kilka godzin. Wciąż była okropnie rozżalona, że nie może porozmawiać z rodziną w Lipowej Alei. Czuła się oszukana i ubezwłasnowolniona. Wciągana przez jakieś tryby w sprawy, z którymi nie chciała mieć nic wspólnego. Czy naprawdę nie może sama o sobie decydować?
Po raz pierwszy w życiu ta posłuszna i spokojna Christa zaczynała się buntować. Jej przekonanie, że ojciec zawsze ma rację, zachwiało się w podstawach. I gdy się dobrze zastanowiła, musiała przyznać, że przyczyną była wiadomość, iż Frank nie jest jej ojcem.
Zdawała sobie sprawę, że to niesprawiedliwe. Frank przecież się nie zmienił, on najwyraźniej nawet się nie domyślał, że Vanja popełniła fałszywy krok, o którym to kroku Christa bardzo chętnie dowiedziałaby się czegoś więcej. To dziwne uczucie, kiedy nagle okazuje się, że człowiek nie zna swego ojca!
A przecież gdzieś ten jej prawdziwy ojciec musi być.
Czy ty też czułeś się taki bezradny i taki zakłopotany, Lindelo, gdy Peder rzucił ci w twarz te straszne słowa?
– Jesteś dziś bardzo milcząca – powiedział Abel Gard ostrożnie.
Christa drgnęła. Całkiem zapomniała o swoim towarzyszu.
– Och, przepraszam! Zamyśliłam się.
– Rzeczywiście, czułem to – uśmiechnął się.
