
Albo może to on o nią nie dbał?
Milczenie się przedłużało. W końcu komisarz westchnął ponownie:
- Panie dziedziczny magu, w imieniu komisariatu i mieszkańców z radością chciałbym przekazać panu zaproszenie na Dożynki, które odbędą się ostatniego dnia żniw.
Uprzejmie pochyliłem głowę. Komisarz patrzył na mnie ze zmęczeniem i jakby bólem. Sowa świadkiem, nie chciał przychodzić do mnie z pokorną prośbą: sam ze wszystkich sil próbował uporać się z tą sprawą - w ciągu ostatnich trzech dni na niebie co chwilę pojawiały się obłoczki, bezsilne, bezskuteczne i bezpłodne. A on stał pośrodku podwórza, mamrotał wyuczone zaklęcia, nawet płakał - najwidoczniej z bezsilności. A potem przełamał odrazę i strach, wsiadł w dwukółkę i pojechał do mnie. Po drodze zawracał nie raz i nie dwa, jechał z powrotem i znowu zawracał - i oto siedzi teraz, patrząc mi w oczy. Na coś czeka. Naiwny.
- Jestem wielce zobowiązany - odparłem z przejęciem. - Przyjdę na pewno.
Komisarz przełknął ślinę; czekało go sformułowanie prośby i z przyjemnością przyglądałem się jego mękom.
- Panie dziedziczny magu... - odezwał się w końcu. - Pozwoli pan zwrócić swą uwagę na suszę.
- Co takiego? - zapytałem z lekkim uśmiechem.
- Na suszę - zmusił się do odpowiedzi komisarz. - Już prawie miesiąc nie było deszczu... poza tym stan wschodów... wzbudza niepokój. Chłopi boją się, że dożynki będą... niewesołe.
Zamilkł i wbił wzrok w nasadę mego nosa; uśmiechnąłem się szerzej.
- Mam nadzieję, że mnie nikt o nic nie podejrzewa?
Komisarz zaczął przygryzać wargi:
- Ależ co pan, co pan... W żadnym wypadku. Ta klęska żywiołowa ma niewątpliwie naturalny... nie magiczny charakter. Jednak jeszcze trochę - i czeka nas nieurodzaj, porównywalny z katastrofą sprzed trzydziestu lat; pan na pewno nie pamięta...
W ostatnich słowach dało się słyszeć lekkie przymilne nutki.
