
— Pańska straż musi zaczekać tutaj, generale — powiedział oficer na wpół przepraszająco. Nowe przepisy.
— Wiem — odparł Fourre.
Musiał jednak uciszać gniewne pomruki swojej obstawy, bowiem jego ludzie nie wiedzieli.
— Jestem umówiony z Głównodowodzącym.
— Tak, generale. Proszę trzymać się oświetlonych przejść. W przeciwnym razie mogą wziąć pana za rabusia i zastrzelić. Fourre kiwnął głową i ruszył naprzód pomiędzy budynkami.
Marzył o tym, by wydostać się wreszcie z tego deszczu, mimo to szedł wolno, chcąc opóźnić moment spotkania. Jacques Reinach był nie tylko jego krajanem, ale i przyjacielem. Z takim, powiedzmy, Helgensenem ze Związku Nordyckiego, Włochem Tottim, czy Rojańskim z Polski, łączyły go nieporównanie słabsze wrazi, a Niemca Auerbacha po prostu nienawidził.
Budowla mieszcząca najważniejsze biura majaczyła w ciemnościach, ledwie kilką oświetlonych okien rzucało słaby blask na Fourrego. Reinach, słusznie zresztą, zainstalował tam generator elektryczny, często bowiem zdarzało się, że mimo skrajnego wyczerpania, on sam i jego przemęczony personel zmuszeni byli pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Strażnik przepuścił go do wartowni, gdzie z pół tuzina mężczyzn zajętych było dłubaniem w zębach i grą w kości. Stawką były naboje. Zniszczona gruźlicą sekretarka pokasływała nad stertą fiszek sporządzonych ze starych kwitów z pralni, ulotek i wszelkich innych skrawków papieru, jakie znalazły się akurat pod ręką. Wszyscy podnieśli się, a Fourre wyjaśnił, że przybył, by spotkać się z Głównodowodzącym, prezesem Rady.
— Tak, panie generale.
Oficer nie skończył nawet dwudziestki. Jego twarz, której nie zdążył jeszcze pokryć zarost, była pomarszczona jak twarz starca. Jego francuszczyzna była fatalna.
— Proszę zostawić broń i wejść.
Fourre odpiął pistolet i pomyślał, że to ostatnie żądanie, by rozbrajać dowódców przed spotkaniem z Prezesem Reinachem, doprowadziło do pasji Alvareza i popchnęło go do spisku.
