
Oficer zrewidował go — było to zupełnie nowe poniżenie, które dopiekło Fourremu do żywego. Zdławił gniew, myśląc jak dalece trafne okazały się przepowiednie Valtiego. Potem dalej, ciemnym cuchnącym pleśnią korytarzem, aż do wejścia, przy którym stał kolejny wartownik. Fourre skinął mu głową i otworzył drzwi.
— Dobry wieczór, Etienne. Czym mogę ci służyć?
Wysoki blondyn spojrzał na niego zza biurka i uśmiechnął się. Był to zadziwiająco nieśmiały, niemal młodzieńczy uśmiech. Coś boleśnie skurczyło się w Fourrem.
Przed wojną gabinet należał do jakiegoś profesora. Książki wypełniające całą powierzchnie ściany pokrywała gruba warstwa kurzu. Tak… powinni troszczyć się o książki, nawet gdyby miało to oznaczać mniej czasu poświeconego na walkę z głodem, zarazą i bandytyzmem. W głębi widać było zamknięte okno; ciemne strugi deszczu spływały po jakimś cudem ocalałej szybie.
Fourre usiadł. Fotel zatrzeszczał pod ciężarem jego wychudzonego, ale grubokościstego ciała.
— Nie domyślasz się, Jacques? — spytał.
Przystojna twarz Alzatczyka, jedna z nielicznych ogolonych twarzy na świecie, zwróciła się ku niemu badawczo.
— Nie byłem pewien, czy i ty jesteś przeciwko mnie — powiedział Reinach. — Helgesen, Totti, Alexios… tak… ta banda… ale ty? Przez wiele lat byliśmy przyjaciółmi, Etienne. Nie spodziewałem się, że wystąpisz przeciwko mnie.
— Nie przeciwko tobie — Fourre westchnął i poczuł, że ma ogromną chęć na papierosa, ale tytoń był pieśnią odległej przeszłości. — Nigdy przeciwko tobie, Jacques, tylko przeciwko twojej polityce. Jestem tu, by wyrazić opinie nas wszystkich…
