
Czując, jak mocno bije jej serce, Maddie przeszła przez pokój i znalazła się w małym korytarzu. Marszcząc brwi, rozejrzała się wokół.
– Kto tam? – zapytał niecierpliwie głos ze znajomym akcentem.
Maddie, przerażona, odwróciła się w lewo.
– Zrobiłam panu kawę, panie Petrakos…
Przeszła przez kolejne drzwi i zatrzymała się gwałtownie, stwierdziwszy, że znalazła się w czymś w rodzaju garderoby. Na stoliku leżała srebrna szczotka do ubrań z wygrawerowanym monogramem. Odgadła, że za kolejnymi drzwiami znajduje się łazienka na ułamek sekundy przed tym, jak pojawił się w nich Giannis Petrakos. Właśnie skończył brać prysznic – ciemne włosy wciąż miał jeszcze mokre. Jego biała koszula była rozpięta i ukazywała pięknie wyrzeźbioną, opaloną, muskularną klatkę piersiową. Był boso, ubrany jeszcze tylko w doskonale skrojone spodnie. Najwyraźniej przeszkodziła mu, kiedy się ubierał.
– Och… Mój Boże, przepraszam! – Maddie zmartwiała.
Giannis był zdziwiony, że udało jej się przedostać przez ochronę. Jej piękno wywołało jednak natychmiastową reakcję i obudziło w nim myśliwskie instynkty. Stwierdził, że tylko los mógł stworzyć taką okazję.
W końcu weszła do jego prywatnej kwatery bez zaproszenia i byli sami w miejscu, w którym nikt nie będzie im przeszkadzał.
– Myślałam, że to kolejne biuro… Nie wiedziałam.
– Zbyt zawstydzona, żeby na niego spojrzeć, Maddie zaczęła się wycofywać. – Proszę wybaczyć mi to najście.
– Ale przyniosłaś kawę. Dla mnie? – Giannis rzucił jej oszałamiający uśmiech i wyciągnął opaloną rękę w geście zaproszenia. – Jak miło.
Ten uśmiech, pojawiający się niespodziewanie na jego ustach, zaskoczył Maddie. Poczuła ucisk w brzuchu i brak tlenu w płucach. Wiedziała, że nie wolno jej opuścić wzroku poniżej jego szyi. Przyszła tutaj w konkretnej sprawie, ale nagle nie mogła sobie przypomnieć po co.
– Panie Petrakos… Przepraszam, już wychodzę…
