
Kulawiec musiał się z powrotem przeprowadzić do baraku, kiedy kobieta od niego uciekła. Ale najpierw, skoro już tu jesteśmy, możemy popatrzeć na pokój szkolny…
Anna Maria z przerażeniem stwierdziła, że kancelista kieruje się ku temu pustemu magazynowi, w którym przed chwilą była. Nilssonowi usta się nie zamykały:
– Ale panienka musi się bardzo wystrzegać chłopów z kopalni. Ich maniery nie zawsze są takie jak nasze. To plebejusze bez kultury!
– Będę się wystrzegać.
– Spodziewaliśmy się trochę starszej osoby.
Anna Maria wtrąciła spontanicznie:
– Chyba nie wszyscy są zachwyceni, że będą tu mieć nauczycielkę? Zdaje się, że czekali na nauczyciela.
– Ech, to tylko Kol, to prostak, który się stawia. Nie ma się czym przejmować.
– Kol?
– Tak, sztygar. To on się upierał, że trzeba uczyć tutejsze dzieci. To jest rzucanie pereł przed, wieprze, jeśli wolno mi wyrazić moje zdanie.
Otworzył drzwi do owego pustego, ponurego, przygnębiającego lokalu, który już widziała.
– Tu jest właśnie klasa. Kol obiecał do środy wstawić ławki, katedrę i wszystko co trzeba. Wtedy będzie panienka mogła rozpocząć nauczanie.
Rozejrzała się wzburzona. Nigdy nie uda jej się stworzyć atmosfery przytulności i bezpieczeństwa, tak ważnej w klasie, myślała. Wszędzie brud i ruina, a przede wszystkim zimno.
– A co będzie zimą? – spytała. – Mam na myśli ogrzewanie.
– Wszystko się urządzi, tak obiecał.
– Kol…? To imię czy nazwisko?
– Właściwie to on się nazywa całkiem inaczej, ale trudno to wymawiać. On jest Walonem, pochodzi z tych belgijskich kowali, którzy osiedlili się w Szwecji w siedemnastym wieku.
Anna Maria przytaknęła, słyszała o nich.
– Miałam wrażenie, że oni trzymają się razem?
– No właśnie. I dlatego nasz sztygar wciąż nosi cudzoziemskie nazwisko. Guillaume Simon, zdaje mi się, że tak to brzmi, ale jakim sposobem ma to wymówić prosty górnik? Oni przecież nie mają takiego wykształcenia jak my. No to nazywają go Kol Simon albo po prostu Kol, zwłaszcza że jest taki czarny. [Kol – w języku szwedzkim: węgiel (przyp. tłum.).]
