Tego listu dziedziczka omawianej fortuny nigdy nie czytała. Na szczęście, bo pewnie natychmiast porzuciłaby myśl o Adrianie Brandcie.

Anna Maria przybyła do Martwych Wrzosów jesienią, kiedy wrzosowiska płonęły jeszcze matowo, a klucze spóźnionych ptaków ciągnęły na południe ze smutnym pokrzykiwaniem.

Dyliżans pocztowy wysadził ją na skraju wrzosowiska. Musiałby sporo nałożyć drogi, gdyby chciał jechać aż do osady, sama więc zaproponowała, że dalej uda się piechotą. Miała tylko jeden kuferek, zatem pełna otuchy ruszyła wijącą się przez wrzosowiska ścieżką. Po chwili stanęła, żeby rozejrzeć się po okolicy, spoglądała na ogromne niebo i oddychała głęboko. Powietrze było takie czyste, takie świeże i przesycone solą, szarozielonkawe morze szumiało w dole, wrzosowisko rozpościerało się przed nią jak barwny kilim.

Będę się tu dobrze czuła, pomyślała, bo nie widziała jeszcze tutejszej jesieni i zimy i nie domyślała się nawet, jak maleńki może być człowiek, gdy przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz z mocami natury. Całe swoje życie spędziła przecież w głębi lądu.

Na pustkowiach stało kilka niewielkich budynków w dużej odległości jeden od drugiego, mijała je z daleka. Tu chętnie bym zamieszkała, pomyślała sobie, bo tak jej się to podobało. Ale, oczywiście, widziała, że to biedne domostwa i bardzo zniszczone. Nie dostrzegała natomiast twarzy, ukrytych za nędznymi firankami, które przyglądały jej się ciekawie.

Kuferek okazał się ciężki, a droga przez wrzosowisko dłuższa, niż Anna Maria początkowo sądziła. Uchwyt uwierał ją w rękę, aż na skórze porobiły się sine odciski, wciąż musiała przystawać i coraz częściej przekładała kuferek z jednej ręki do drugiej.

Jej kuferek, który przed podróżą pakowała z taką troskliwością… Teraz dawał jej coś na kształt poczucia bezpieczeństwa.



9 из 206