
Jeśli nawet było to subiektywne – po tym, co się stało, nie mogło być pewnie inaczej – wydawało się jej, że o semantyce języka opowiadał trochę jak o poezji, a trochę jak o powieści detektywistycznej.
Karina skupiona była na czymś zupełnie innym. Nachyliła się do niej w pewnym momencie i szepnęła do ucha:
Słuchaj, on ma głos jak Joe Cocker. Widziałaś? Ma obrączkę na prawej dłoni.
Po chwili nachyliła się jeszcze raz i dodała:
Ale może to sygnet…
To była obrączka. Wiedziała na pewno. Zauważyła ją, gdy podpisywał kartę zameldowania wczoraj, tuż po przyjeździe. Tylko że wczoraj było jej to zupełnie obojętne. Dzisiaj – teraz, w tej ciemnej sali, gdy patrzyła na niego w trakcie wykładu – z niepokojem skonstatowała, że już nie. Że jest ważne. Bardzo ważne. Miała wrażenie, że grzeszy. Czuła oczarowanie.
***
[Mariusz Makowski]
Wiedziała, że coś się zdarzy. Już wtedy w pokoju, gdy spotkały się ich oczy, a ona, mniej lub bardziej świadomie pozwoliła opaść ręcznikowi na podłogę – wiedziała. On też wiedział. Ta obrączka na jego palcu była wyrzutem i jednocześnie grzeszną, perwersyjną podnietą. Czuła, że robi coś złego, coś, czego nikt by się po niej nie spodziewał i… podobało jej się to. Nigdy jej nie zdejmował, nigdy o niej nie wspominał. Ale zawsze była. Jak zamek w drzwiach do świata, do którego ona nigdy nie będzie miała wstępu. Czasem o niej zapominała. Wyrzucała ją z pamięci w chwilach, które spędzali razem w hotelu w Toruniu, gdy budzili się razem w środku nocy, patrzyli na miasto, na gołębie śpiące na gzymsie. Świat był dla niej, całe to piękno, jego oddech na karku. Wszystko było dla niej. Przyjmowała te chwile jak dar. Istnieli tylko oni oboje i nie istniał świat. Czasem w nocy chodzili nad Wisłę. Mieszkała w Toruniu przez trzy miesiące tej szkoły i w każdym tygodniu odkrywała jakieś magiczne miejsce, które zaznaczała na mapie wiszącej na ścianie w akademiku. Pokazała mu je wszystkie, razem odkryli kolejne.
