
To było kuszące.
Komisja rekrutacyjna zasiadła przy stole w gabinecie pana Seldoma Kubła, nowego właściciela Opery. Towarzyszyli mu pan Salzella, dyrektor muzyczny, i pan Undershaft, kierownik chóru.
— Tak więc — mówił pan Kubeł — dochodzimy do… tak, Christine… Wspaniała osobowość sceniczna, co? I świetna figura.
Mrugnął do Undershafta.
— Tak. Bardzo ładna — przyznał obojętnym tonem Undershaft. — Niestety, nie potrafi śpiewać.
— Wy, artyści, nie chcecie zrozumieć, że mamy Wiek Nietoperza — oświadczył Kubeł. — Opera to produkcja, a nie tylko kupa piosenek.
— Tak pan uważa. Ale…
— Zasada, że sopran to piętnaście akrów łona w rogatym hełmie, należy już do przeszłości.
Salzella i Undershaft porozumieli się wzrokiem. A więc będzie to… taki właściciel…
— Na nieszczęście — wtrącił kwaśno Salzella — zasada, że sopran powinien mieć w miarę sensowny głos, do przeszłości nie należy. Owszem, ona ma świetną figurę. Ma… iskrę. Ale nie potrafi śpiewać.
— Chyba możecie ją nauczyć, prawda? Kilka lat w chórze…
— Tak, może po kilku latach, jeśli będziemy uparci, stanie się zwyczajnie bardzo złą śpiewaczką — odparł Undershaft.
— No tak… panowie — rzekł Kubeł. — Ehm. No dobrze. Karty na stół, co? Jestem prostym człowiekiem. Nie lubię chodzić opłotkami i wolę nazywać rzeczy po imieniu…
— Niech pan nam przekaże swoje szczere opinie — wtrącił Salzella.
Stanowczo to właśnie ten rodzaj właściciela, myślał. Dorobił się własną pracą i jest z tego dumny. Myli pewność siebie i szczerość z niegrzecznością. Postawiłbym dolara, że wierzy, iż potrafi ocenić czyjś charakter z siły uścisku dłoni i patrząc mu głęboko w oczy.
— Wiele przeszedłem, żarna życia mnie przemieliły — zaczął Kubeł. — Jednak podniosłem się i doszedłem do tego, kim jestem dzisiaj…
Mąka do pieczenia? — pomyślał Salzella.
